fot. Mariusz Forecki

Pomysłowość typu peryferyjnego

„Wyroby” to opowieść o polskiej pomysłowości wywiedzionej z PRL-u, pisana z perspektywy przedmiotów. Z Olgą Drendą – dziennikarką i tłumaczką, autorką głośnej „Duchologii” – rozmawia Agnieszka Budnik.

Program literacki Centrum Kultury ZAMEK w Poznaniu, wbrew narzekaniom na zmniejszający się poziom czytelnictwa, niezmiennie reprezentuje świetny poziom. Bardzo przytomnie reaguje też na szybko zmieniający się rynek wydawniczy, z zalewu nowości wyłuskując te książki, o których szczególnie warto rozmawiać. Jedną z nich jest ważna opowieść o czasie transformacji i o tym, w jaki sposób wpłynął on na estetykę i społeczną wyobraźnię. Ostatnie spotkanie z cyklu „Zamek czyta”, w całości poświęconego spotkaniom z pisarkami i pisarzami, upłynęło pod znakiem łabędzia z opon i plastikowych Myszek Miki.

 

AGNIESZKA BUDNIK: Za książką „Duchologia polska. Rzeczy i ludzie w czasach transformacji” stoi całkiem poważne założenie badawcze i antropologiczne. Opowieść duchologiczną zaczyna pani od koncepcji „hauntology” Jacques’a Derridy, rozumianej jako „nawiedzanie” teraźniejszości przez historię. Lęk nie jest jednak pierwszą emocją, którą wywołuje powszechnie wspomnienie lat 80. i 90.

OLGA DRENDA: To trochę dłuższa i zapożyczona historia: żart, który stał się zupełnie poważnym przedsięwzięciem. Dobrze się stało, że w Polsce funkcjonuje rozróżnienie na „duchologię”, którą uprawiam, i właśnie „hauntology” z pola filozofii, które jest inną praktyką, innym sposobem myślenia. Andrzej Marzec, poznański badacz, słusznie przełożył termin Derridy jako „widmontologię”. Dobrze się złożyło, że nie ma między nami kolizji.

 

Co stałoby więc za pojęciem „duchologii”?

Wyszłam od terminu „hauntology” – oznaczającego gatunek muzyczny, a nie pojęcie filozoficzne. Moje nastawienie bierze się więc w linii prostej z popkultury i takiej szkoły pisania o niej, jaką uprawiali Simon Reynolds czy Mark Fisher. W tej tradycji termin „hauntology” odnosił się do ówczesnych nagrań audiowizualnych, które w jakiś sposób nawiązywały do lat 70. i okresu, kiedy kultura Wielkiej Brytanii miała ściśle edukacyjną wymowę, bo podlegała kontroli państwowej. Jednocześnie życie w realiach zimnowojennych, w cieniu nadciągającego kryzysu ekonomicznego, jak i zmiany warty politycznej – to wszystko, postrzegane dodatkowo przez zakłócenia, jakie nakłada na wspomnienia pamięć dziecięca, złożyło się na efekt uszkodzonej taśmy telewizyjnej. W moim przypadku była to taśma wideo, bo jestem z późniejszego pokolenia.

Olga Drenda, „Duchologia polska. Rzeczy i ludzie w latach transformacji”, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2016

Olga Drenda, „Duchologia polska. Rzeczy i ludzie w latach transformacji”, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2016

Pamiętam, że kiedyś, pisząc o muzycznym wymiarze „hauntology” dla glissando.pl, dla żartu i sportu wykonałam małe ćwiczenie i sprawdziłam, jak mogłoby to wyglądać na polskim gruncie. Właśnie wtedy spróbowałam opisać scenkę transformacyjną ze sklepu „Społem”, w którym w pełnym słońcu, w zakurzonej witrynie, leżą drożdżówki. Wokół nich latają muchy, szyba jest brudna, z tyłu wisi ciężka kotara, książka skarg i zażaleń. To wszystko zebrałam w taki pakiet wrażeniowy, który zaczęłam potem oklejać muzyką, zdjęciami i tak dalej. Złożył się z tego wszystkiego obraz takiego okresu, który nie ma mocnych definicji, obrazów czy ikon.

Przedtem prowadziłam badania dotyczące antropologii pamięci – o tyle szczęśliwie, że odbywały się na naszych rówieśnikach, czyli osobach urodzonych w latach 80. Większość naszych wspomnień z okresu, w którym buduje się pamięć (czyli w pierwszych pięciu latach życia) przypadła właśnie na lata transformacji. Wśród osób, z którymi rozmawiałam, w odpowiedziach przejawiał się niepokój związany z materiałami telewizyjnymi. Wspomnienia te były, po pierwsze, zapośredniczone przez media, a po drugie – w związku z przekazem medialnym – często pojawiał się w nich element lęku i to wtedy, kiedy był on nieplanowany, na przykład: w czołówce „Wiadomości” czy „Panoramy”. To doświadczenie było dość powszechne i to z niego wywodzi się „Duchologia”.

 

Wyodrębniła pani epokę duchologiczną, która trwa od połowy lat 80. do 1994 roku. Czy dalej utrzymuje pani te ramy?

Olga Drenda, fot. Mariusz Forecki

Olga Drenda, fot. Mariusz Forecki

Myślę, że tak. Ze względu na to, że mamy do czynienia z epoką widmową, siłą rzeczy nie może mieć ona sztywnych ram. Ale to okres przejściowy, liminalny, kiedy wszystko jest wywrócone do góry nogami, trochę niedoskonałe, trochę w trakcie formowania się, w fazie prób i błędów.

Przechodzimy z pełnoprawnego PRL-u do momentu, kiedy rząd Zbigniewa Messnera ogłasza tzw. drugi etap reformy, czyli próbuje jeszcze w ramach państwa PRL wprowadzać elementy gospodarki wolnorynkowej. Pojawiają się więc mutacje na potrzeby demokracji ludowej, na przykład reklamy firm prywatnych pod kuratelą państwową. To nie są formaty identyczne, ale wyraźnie wzorowane na kampaniach zachodnich. Są nie tyle kopiami, ile raczej przerysowaniem.

Estetyka i natura tego zjawiska bardzo mnie fascynowała. Zjawisko kończy się w połowie lat 90., także przez ustanowienie bardziej restrykcyjnego prawa autorskiego, i splata się z końcem pirackich stacji telewizyjnych, które miały dość silny wpływ na krajobraz medialny, reklamowy i estetyczny. Wtedy też rynek reklamy stabilizuje się na tyle, że zaczynają rządzić nim duzi gracze.

 

Oddzielamy więc „Duchologię” od najnowszych „Wyrobów”, nie rysujemy prostego przejścia między mentalnością transformacyjną a nieodpartą chęcią wytwarzania rzeczy ładnych?

Zupełnie nie. Chociaż „Wyroby” wzięły się z nadmiarowych notatek do „Duchologii”, które do pierwszej książki albo nie pasowały chronologicznie, albo też były zbyt szczegółowe. Okazało się, że dla takich elementów znalazłam potem zbiór wspólny. „Samoróbkowość” okazała się tym zjawiskiem, które połączyło rozsiane zapiski w jedną całość.

Weźmy za przykład estetykę imitacyjną: fenomen podrabianych kaset wideo czy Myszek Miki, które od pewnego czasu kolekcjonuję. Zaczęłam zauważać, że do stworzenia podróbek warunkiem koniecznym było opracowanie nowej technologii. Ta pomysłowość typu peryferyjnego, z której pochodzą wyroby, nie była jednak tylko i wyłącznie polska. Musiałam zrewidować swoje założenia, bo okazało się, że w Stanach Zjednoczonych czy Australii takich przejawów jest równie dużo. Ucieszyłam się, że to nie jest specyfika tylko krajów transformacyjnych czy tych należących do świata rozwijającego się.

Zatrzymajmy się przy „Wyrobach”. Pisze pani o Tomaszu Rakowskim, antropologu badającym społeczności, które bardzo źle przeszły przez transformację i prywatyzację lat 90. Rakowski zauważył, że nawet w tak trudnym okresie ludzie „znajdowali przestrzeń, by działać jako kolekcjonerzy, poszukiwacze skarbów, wynalazcy”. Czy „Wyroby” wzięły się z zachwytu nad pomysłowością, momentem, w którym niedostateczna ilość materiałów otwierała nieskończone pole możliwości?

Po części tak. „Wyroby” powstały dzięki dostrzeżeniu takiego pola inżynierii, choć to tylko jedna warstwa problemu. Zastanawiało mnie przede wszystkim, dlaczego ktoś zamiast postawić proste ogrodzenie, stawia na ogrodzenie dekoracyjne. Albo, jak pisał Aleksander Jackowski, dlaczego rolnik, robiąc sobie grabie, musi dodać do nich jakąś ozdóbkę. Interesowała mnie właśnie rola owej ozdóbki, która nie ma przecież żadnego znaczenia: religijnego, symbolicznego czy kultowego. To próba zrozumienia tego, co sprawia, że ludzie chcą dodać coś ekstra, zastosować jakiś naddatek.

 

Za pomocą przedmiotów kreśli też pani obraz społeczeństwa.

„Wyroby. Pomysłowość wokół nas”, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2018

„Wyroby. Pomysłowość wokół nas”, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2018

Miałam wrażenie, że społeczeństwo cały czas mi się jednak wymykało. Pewne elementy socjologiczne musiały się w książce oczywiście pojawić. Bez zrozumienia, jak dobrze zorganizowani i jak bardzo solidarni ze sobą są działkowicze, trudno jest pojąć ich zamknięty krąg i rządzące nim zasady.

 

To książka o tym, jak przedmiot czy wzór wymykają się prostym badaniom socjologicznym, zależnościom, które pierwsze przychodzą na myśl.

Odruchowym skojarzeniem jest myśl, że tak zwane „samoróby” powstają w warunkach niedoboru czy biedy, a okazuje się, że wręcz przeciwnie. Pojawiają się na potęgę z reguły wtedy, kiedy mamy do czynienia z jakimś naddatkiem.

 

W przedmiotach – czy lepiej: w wyrobach – wyraźny jest też rys egzystencjalny. Zaznacza pani, że to one stają odważnie naprzeciw rzeczywistości, która tak szybko się zmienia, wymaga celu i uporządkowania.

Te przedmioty są czasami straszliwie wręcz nieprzydatne. Jedynym powodem, dla którego ktoś zrobił na szydełku tego straszliwego pudla z chemlonu, było po prostu znalezienie zastosowania dla nadmiarowej włóczki. Oczywiście z czasem ludzie zaczęli w środku pudla chować butelki alkoholu. Oprócz tego, że to i fajne, i śmieszne, to raczej nie ma zastosowania. Pudel nie ma tu wymiaru praktycznego, jego istnienie jest zupełnie absurdalne.

 

Niektóre z wyrobów wzięły się, rzecz jasna, z chęci nadrobienia w sferze konsumpcyjnej tego, czego gospodarka PRL-u nie mogła wytworzyć. Przez to, że była centralnie sterowana, odpowiadała na trendy znacznie wolniej.

O niedoborach pisze choćby Aleksandra Boćkowska, pokazując na przykładzie mody, jak trudno było wdrożyć jakiś nowy wzór – najpierw musiał zostać zatwierdzony na wielu poziomach, a zanim wszedł do produkcji, moda zdążyła się już zmienić. Dlatego też w takich najmniejszych, najdrobniejszych elementach jak spinki do włosów czy modne bluzki, przejawiała się tak zwana inicjatywa prywatna. W ustroju PRL-u potrzeby konsumentów pozostawały potrzebami. Ludzie chcieli być modni, mieć szpanerskie zabawki.

„Wyroby” są zatem przewodnikiem po polskich gustach? Czy z tych pojedynczych elementów wyłania się spójny obraz czy mowa raczej o chaosie przedmiotów połączonych ze sobą tylko datą?

Niekoniecznie datą. W „Wyrobach” mamy przecież rzeczy zupełnie nowe, a rodowód innych sięga XIX wieku. To niezupełnie jest też książka o polskich gustach.

 

Zasiadałam do pracy nad książką o Polsce, a skończyłam opowieść o globalnej pomysłowości i wędrówce wzorów w estetyce popularnej.

Całkiem przypadkiem udało mi się zmapować globalny gust powszechny. Bardzo wiele z tych przedmiotów wędrowało najpierw po świecie lub pojawiało się w różnych miejscach jednocześnie.

 

Obie książki mają też znamiona literatury „rehabilitacyjnej”: takiej, która usuwa na dalszy plan wartościowanie i zawiesza kategorię kiczu. Wyroby dają użytkownikom po prostu poczucie dumy i satysfakcji z samego procesu wytwarzania.

Olga Drenda, fot. Mariusz Forecki

Olga Drenda, fot. Mariusz Forecki

Część z tych wyrobów mnie wzrusza, a inne wcale. Nie jestem specjalistką od filozofii estetyki, moim zadaniem jest badanie antropologiczne: pytanie o to, co te przedmioty właściwie znaczą, co mówią o naszej kulturze, czemu mogą służyć, jakie może być ich zastosowanie. Próbuję przede wszystkim „rehabilitować” je jako przedmioty ciekawe. To taki szrot kultury, który się po prostu wyrzuca.

Często bywam na targach staroci. Ogromną ilość rzeczy współczesnych, albo tych z niedawnej przeszłości, uważam za kompletnie nieinteresujące. Nie jestem w stanie jeszcze ocenić, które z nich potencjalnie mogą być nośnikiem informacji o naszym świecie. Czy to będzie coś z pokemonem? Czy coś z wystroju wnętrz z motywem prowansalskim? Dlatego też dla sportu odwiedzam sklepy typu „wszystko za 4 złote”, żeby sprawdzić, co się teraz ludziom podoba; są całkiem niezłym miernikiem, bo są po prostu najtańsze.

 

Opowieść o wyrobach rozpina pani między biedą a kiczem. Kicz w tym ujęciu rozumiany jest szczególnie: byłby niebezpiecznie bliski ideologii.

Nie jestem wrogiem używania słowa „kicz”, ale uważam, że powinno znaczyć coś zupełnie innego niż „coś krzepiącego i słodkiego”, jak to ma miejsce w powszechnej świadomości. Kiczu zaczęło się używać do określenia tego, co sentymentalne. Jako że kicz jest zawsze nacechowany negatywnie, postawiono znak równości między sentymentalnym a złym. Ja cofam się do idei, którą ciekawie w swojej książce opracował Andrzej Banach. Dla niego kryterium, które pozwala zdefiniować kicz, jest to, czy dzieło zostało wytworzone z wyrachowania. Dzięki tej koncepcji możemy mówić choćby o kiczu w świecie awangardy, sztuki współczesnej czy w świecie bombonierek.

 

A melancholia?

Olga Drenda, fot. Mariusz Forecki

Olga Drenda, fot. Mariusz Forecki

Wydaje mi się, że w wyrobach w ogóle jej nie ma. Wyroby są raczej wesołe. Jeżeli jest w nich coś nieuświadomionego, to pewien terror rozumiany jako – obecna w religijności ludowej – groza na widok sacrum. Najpełniej widać to w dewocjonaliach PRL-u. Fakt, że były wytwarzane przy użyciu tak niedoskonałej technologii, powodował lęk.

Polecałabym zwrócić uwagę na obrazki sakralne, na przykład z aniołem stróżem, które były kopiami świętych obrazków z dystrybucji jeszcze przedwojennej, wzorów austriackich czy niemieckich. Robiono zdjęcie oryginału w bardzo dużym powiększeniu i przy użyciu bardzo dużego kontrastu. Potem kopie malowano kiepską akwarelką. Wychodziło z tego raczej coś na kształt barokowej grozy „memento mori” albo okładki płyty blackmetalowej. Ale takie obrazki były bardzo popularne, wisiały w wielu domach, jeszcze zanim pojawiła się firma Veritas, która od lat 60. miała monopol na dewocjonalia.

 

„Wyroby” to też hołd złożony samodzielnym konstruktorom. Znacząca jest tu postawa gotowości do miksowania, produkowania nowego. Jak w przypadku Zbigniewa, inżyniera z branży meblowej, który w garażu wytworzył Zbigwaya, alternatywny środek transportu.

Zbyszek niczego nie musiał, a jednak coś zrobił. Właśnie to jest fascynujące. Nie był góralem, który potrzebował traktora, sprawdzającego się w warunkach innych niż nizinne (a tylko takie produkował URSUS). W przypadku konstruktorów pokroju Zbyszka mamy do czynienia z czystą pomysłowością w działaniu. Gdyby chciał, mógłby przecież kupić sobie taki pojazd, jakiego by tylko zapragnął. Tymczasem zbudował nie tylko pojazd, ale też niezbędne maszyny.

Nowa książka stanowi też częściowo reportażowy zapis ze spotkań z kolekcjonerami i wypraw po konkretne przedmioty. W jaki sposób natrafiła pani na bohaterów „Wyrobów"? Jak znajduje się wyroby?

Bardzo przydała mi się baza, która powstała przy okazji „Duchologii”, czyli facebookowy fanpage. Fani strony bardzo często dawali mi cynk. Gdyby nie ten „umysł roju”, to powstanie mojej książki byłoby po prostu niemożliwe. Dostaję dużo korespondencji, ludzie przysyłają mi różne zdjęcia.

 

Bardzo ważną osobą był Maciek Pietrukaniec, absolutny fascynat złomu, który wykupuje różne ładne rzeczy ze złomowisk: krasnale, zdobione bramy. Był dla mnie istotnym łącznikiem i przewodnikiem po świecie działkowców.

Olga Drenda, fot. Mariusz Forecki

Olga Drenda, fot. Mariusz Forecki

Dużo historii wzięło się też z wycieczek rowerowych, na które jeżdżę z mężem. Odwiedzamy nasze rejony, a dzięki rowerom mogliśmy zaglądać w różne zakamarki. Okazywało się, że jadąc po zwykłej drodze, natrafialiśmy nagle na ogromną kaczkę z przedziwnego tworzywa w czyimś ogrodzie. Miałam wrażenie, że ktoś zdemontował ją po prostu z karuzeli.

Jeżeli człowiek zacznie się rozglądać, prędzej czy później zacznie dostrzegać takie fenomenalne rzeczy. Pomocne jest też planowanie wycieczek przy użyciu Google Maps. To faktycznie była praca w dużej mierze terenowa, wymagająca też zadawania bezpośrednich pytań, jak: „A co tam ma pan ładnego?”.

 

Co działo się zatem wtedy, gdy namierzyła już pani interesujący przedmiot? W jaki sposób je pani pozyskuje?

Wielu rzeczy, które chciałabym mieć, nie mam na własność, choćby ze względu na ograniczony metraż mieszkania. Znaleziska raczej fotografuję. Wiele z nich udało mi się za to znaleźć na gigantycznej giełdzie w Bytomiu. Inne odszukałam w internecie. Żeby napisać taką książkę jak „Wyroby”, trzeba być człowiekiem, który ma skłonność do zapuszczania się w mysie nory i potrafi się w nich zasiedzieć, przeglądać stare papiery, wdychając kurz.

 

A co z samą wspólnotą kolekcjonerów? Poznajemy Korę Kowalską, która o poszukiwaniach opowiada jak o akcji filmu sensacyjnego, ale też panią, która zbiera figurki z Kinder Niespodzianek.

To była kiedyś znacznie większa subkultura. Dzisiaj można kupić kolekcje takich figurek, co nie ma już w sobie takiej adrenaliny. Ciekawym zakątkiem jest też świat fanów podróbkowych figurek z „Gwiezdnych wojen”.

 

Rzeczywistość kolekcjonerska to świat, w którym jest dużo blefowania, rywalizacji i hazardu.

Gdybyście tylko wiedzieli, ile emocji wzbudza znalezienie modelu dziecięcego moskwicza, radzieckiej zabawki. Te samochodziki w tej chwili kosztują niesamowite pieniądze, są straszliwie pożądane. Co jakiś czas pojawiają się właśnie takie przedmioty, które stają się skarbami. Kolekcjonerzy muszą mieć refleks – często są również szybsi od antropologów, chociaż to właśnie antropolodzy są tymi badaczami, którzy najbardziej trzymają rękę na pulsie.

 

Która z wypraw po materiał do książki albo jakie znalezisko najbardziej panią zaskoczyło?

Olga Drenda, fot. Mariusz Forecki

Olga Drenda, fot. Mariusz Forecki

Trudno powiedzieć. Rozmówcy często są dość nieśmiali i małomówni, nie chcą rozmawiać o tych przedmiotach. Nie z poczucia wstydu, ale z przekonania, że przedmiot mówi sam za siebie. Kilku było jednak bardzo rozmownych.

Jedna wyprawa nie doszła do skutku, czego bardzo żałuję. Miałam pojechać do miejscowości Scholasteria, która leży w Górach Świętokrzyskich. Nie dotarłam dlatego, że żaden transport zbiorowy tam nie dociera. W Scholasterii mieszka pan, który pomalował całe swoje gospodarstwo, włącznie z psią budą, w psychodeliczne kolory, to istna „Kraina grzybów”.

Inną ciekawostką były malowidła trójwymiarowe, te iluzje głębi, widoczki alpejskie, jelenie na rykowisku na budynkach we wsi Strzebiń niedaleko Lublińca. Z takich malowanych elewacji przez długi czas słynęła Hajnówka. Części tych malowideł już nie ma, bo zniknęły pod termoizolacją.

 

Co jest ważniejsze: to, co my mówimy o przedmiotach, czy to, co przedmioty mówią o nas?

Myślę, że one same są najważniejsze. Przedmioty mogą mówić różne rzeczy, ale tak naprawdę „Wyroby” to książka o nich. Wolę pisać o rzeczach niż o użytkujących je ludziach. Czasem takie socjologiczne tło było oczywiście niezbędne, bo rzeczy nie funkcjonują w oderwaniu od człowieka. Mój świat jest jednak światem przedmiotów. To w nim czuję się najlepiej.

OLGA DRENDA – dziennikarka i tłumaczka, absolwentka etnologii i antropologii kultury na Uniwersytecie jagiellońskim. Publikowała m.in. w „Polityce”, „The Guardian”, „2+3D”, „Glissando”, „Dwutygodniku”, „Lampie”, „Digital Camera Polska”, „Tygodniku Powszechnym”, „Szumie”, „Trans/Wizjach”, „Gazecie Magnetofonowej”. Współpracowała z festiwalem Unsound i lubelskim Centrum Spotkania Kultur. Współautorka polskiego przekładu „Delikatnego mechanizmu” i „Wybuchowego biletu” W.S. Burroughsa, tłumaczka scenariuszy filmowych oraz fragmentów „Bukaresztu” Małgorzaty Rejmer na język angielski. Autorka książek „Duchologia polska. Rzeczy i ludzie w latach transformacji” (2016) oraz „Wyroby. Pomysłowość wokół nas” (2018). Mieszka w Mikołowie. „Wyroby” przyniosły Drendzie nominację do Paszportów „Polityki” 2018.

CZYTAJ TAKŻE: Paradoksalne i niemożliwe: miasto Petersburg. Rozmowa z Joanną Czeczott

CZYTAJ TAKŻE: W stronę konkretu. Rozmowa z Kamilą Janiak

CZYTAJ TAKŻE: Przypadek szczególny: Marcin Wicha