fot. redakcja

Przypadek szczególny: Marcin Wicha

Książki wybitne zasługują na dłuższe życie w czytelniczej świadomości. Tym razem o twórczości Marcina Wichy – grafika, rysownika, felietonisty i wreszcie: pisarza (twórcy również książek dla dzieci) – przypomniała lutowa premiera Teatru im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie.

Spektakl „Rzeczy, których nie wyrzuciliśmy” był ciekawą interpretacją książki uhonorowanej w minionym roku Nagrodą Literacką Nike (co ważne: werdykt jurorów pokrywał się z wyborem czytelników, co dało Wisze nie jeden, a dwa powody do świętowania).

ADAPTACJA TEATRALNA

Gnieźnieńska adaptacja teatralna odwróciła jednak porządek, który ustawiał pierwowzór literacki. W sztuce na pierwszy plan wybija się przedmiot. Scena zostaje zasypana dziesiątkami rekwizytów, które zaczynają wchodzić ze sobą w rozmaite interakcje, tworząc nieoczywiste układy – czasem zabawne, czasem bardzo poruszające, niekiedy jednak nie do końca przemyślane.

Najbardziej osobliwa wydaje się w spektaklu pozycja człowieka – aktorzy przecież także wcielają się w role rozmaitych rekwizytów. Funkcjonują w sieci powiązań, wprawiają przedmioty w ruch lub też sami zostają w ten ruch wprawieni.

 

Widza uderza więc przede wszystkim pewna mechaniczność i powtarzalność kolejnych sekwencji, z których składa się cała sztuka, podzielona dodatkowo na segmenty. Układ goni układ, przedmiot przegania przedmiot.

Najważniejszym pytaniem pozostaje to, które umieszczono w programie sztuki: „Co mówią o nas przedmioty i jak nas zapamiętają?”. Na scenie widzimy więc stertę naznaczonych przeszłością rzeczy. Z tej mozaiki nie da się odtworzyć spójnej opowieści. Zróżnicowana długość życia przedmiotów mówi nam jednak wiele o nas samych: definiuje, w jaki sposób traktujemy przestrzeń i jaką naznaczamy ją symboliką, obnażając desperacką chęć ocalenia przed zapomnieniem, dzięki przeniesieniu własnych historii na rzeczy.

DWA EPITAFIA

„Rzeczy których nie wyrzuciłem” (2017) to książka o wiele bardziej ludzka, napisana prostym i pięknym językiem, którego jedynym ozdobnikiem jest ironiczność. Oto więc narrator-Wicha po śmierci matki zabiera się za porządkowanie pozostałej po niej przestrzeni: mieszkania, książek, przedmiotów. Wraz z kolejnymi rzeczami, które lądują w kartonach, syn bezpowrotnie zamyka bramę do bezpiecznego okresu dzieciństwa, na straży którego stali rodzice.

O ile pierwsza książka Wichy, „Jak przestałem kochać design” (2015) była osobliwym memoriałem – historią polskiego wzornictwa przeplataną anegdotami z życia ojca-projektanta, żarliwego estety (który nie tolerował brzydoty: szklanek w metalowych koszyczkach, meblościanek, chodzenia w kapciach; noszono więc przeznaczone na eksport polskie chodaki) – o tyle druga, poświęcona matce, jest jeszcze bardziej intymna i poruszająca. I nie chodzi wcale o patos.

OSZCZĘDNOŚĆ SŁÓW

Ogromną zasługą Wichy jest przywrócenie do łask wrażliwości i czułości. Śmierć matki nie jest śmiercią, do której można się przygotować. Pokora nie jest tutaj bynajmniej żadną zgrywą. Nostalgia pozostaje tu w nieustannym połączeniu z uśmiechem, zapewniając dynamikę tego osobliwego eseju o stracie, w którym głos raz na jakiś czas przejmują przedmioty, przywołując wspomnienia i przeszłość.

Obraz zmarłej składa się więc z serii pomniejszych obrazków. W jej postaci zbiegają się wszystkie wątki, z których utkana została ta przejmująca i niesamowicie pojemna opowieść. Jest więc i trochę śmieszny, i trochę straszny czas PRL-u, wymagający nadludzkich pokładów kreatywności i umiejętności zarządzania wszystkim tym, co może okazać się użyteczne. Jest też szczególne wyczulenie na język i słowo. Na to, jak się mówi, i na to, o czym się nie mówi.

Nad opowieścią unosi się niewypowiedziana wprost trauma wojenna, bo historia matki to przecież także krótka historia o antysemityzmie i trudnościach związanych z żydowską tożsamością. Wicha, budując swoją opowieść, zauważa polskie uprzedzenia rasowe, przejawiające się właśnie w drobiazgach, w języku, który po wojnie znalazł się w stanie podejrzenia: „Trzymając się tej terminologii, moja matka też nie była niepodobna do Jerzego Kosińskiego. «Teraz to ja jestem stara Żydówa» – powiedziała któregoś dnia w 1984 roku”.

 

To w końcu opowieść o balansowaniu na granicy milczenia, o słowach i odpowiedzialności za nie.

Książki Wichy wpuszczają do przestrzeni publicznej powiew świeżego powietrza. Stwarzają nowy styl wypowiedzi i nową sytuację komunikacyjną, bardzo potrzebne do rozmowy o sprawach tak rudymentarnych – jak śmierć i pamięć. Przynoszą język zdystansowany, choć niepozbawiony humoru, ironiczny, choć nie szyderczy, swobodny, choć nie przegadany.

 

CZYTAJ TAKŻE: Rzeczy o nas („Rzeczy, których nie wyrzuciliśmy” w Teatrze Fredry w Gnieźnie)

CZYTAJ TAKŻE: Paradoksalne i niemożliwe: miasto Petersburg. Rozmowa z Joanną Czeczott

CZYTAJ TAKŻE: W stronę konkretu. Rozmowa z Kamilą Janiak