fot. Maria Krześlak-Kandziora

Wychodzić sobie świat

„Mogę iść, ile chcę, mogę w każdej chwili wrócić do domu, zmienić kierunek, wsiąść w pociąg i gdzieś pojechać. Nie mam zarezerwowanych noclegów, śpię tam, gdzie dojdę. Chodzenie to największa wolność. Dlatego chodzę.” – mówi Staszek.

„Chodzenie z kimś to zupełnie inne chodzenie, zupełnie inna odpowiedzialność. Robimy czasem ze znajomymi wycieczki, ale wybrzeże Bałtyku przeszedłem sam. Szedłem też kiedyś z Pogórza Przemyskiego w Bieszczady. Nie spotkałem żywej duszy.

Pomysłów na wędrowanie jest zawsze dużo w głowie, a planować wiele nie trzeba, po prostu jechać i iść. W liceum chodziłem dużo po górach, spałem w pustych chatkach czy drewutniach” – opowiada mi pewnego dnia Stanisław, gdy go pytam, czemu właściwie to robi i dlaczego wyrywa się z domu na tydzień, żeby przewędrować kawał plaży z miejscowości A do miasteczka B.

O CHODZENIU

O chodzeniu po świecie rozmawialiśmy w mijającym roku dużo. Krajobrazy bocznych dróg, pulw (bagien), Pustyni Błędowskiej zwiedzał Adam Robiński – opisał to w książce „Hajstry”. Po wschodniej nitce drogi numer osiemset szesnaście wędrował Michał Książek, broniąc się przed propozycjami podwiezienia samochodem czy pożyczenia roweru.

 

Pytaliśmy na spotkaniach w poznańskim Zamku, co jest w chodzeniu takiego magicznego, co nas sprowadza na nieznane szlaki, co powoduje, że zdzieramy podeszwy, zakładamy treki, szukamy przygody i przyrody na pobliskich łąkach, łęgach, w lasach, nad jeziorami.

Czyż nie chodzą tylko włóczędzy, przestępcy i maruderzy? A jednak nie – odżywa ruch turystyki lokalnej, krajoznawstwo, chodzą ci, co cenią sobie ciszę, spokój, dobre towarzystwo, wolność i powolność.

Do łask wraca biwakowanie, nastała sympatyczna moda na spanie w trasie w hamaku. Zuchem jest ten, kto umie ugotować rano w terenie kawę, zrobić jajecznicę, zadbać o prowiant, rozpalić bezpieczne ognisko, a na podróż spakować się w jeden plecak.

 

MIKROWĘDRÓWKI

Piesze wędrówki to wdzięczny motyw literacki. Mistrzowski efekt osiągnął z pewnością Jiro Taniguchi, rysując opowiadanie graficzne „Idący człowiek”.

Maria Krześlak-Kandziora Wychodzić sobie świat

Fot. Maria Krześlak-Kandziora

 

Bohater moknie w deszczu, pływa w nieczynnym basenie po zapadnięciu zmroku; wchodzi w ulotne kontakty z przechodniami, podgląda ptaki, rzekę i spadające płatki kwiatów wiśni.

Komiks czyta się i ogląda dla niespiesznego spaceru z Taniguchim, dla gorącej kąpieli po zimnym deszczu, wspinania się na napotkane drzewo, dla czerpania przyjemności ze spoglądania na codzienność i w znajdywaniu w niej furtek do świata przyrody.

BEZ DROGOWSKAZÓW

„Właśnie następnego ranka, podążając śladami jeleni, wszedłem w kamienistą dolinę, która podchodziła pod północną ścianę Griomabhala. Wiatr dął ze wschodu. Przeszukiwałem dolinę prawie przez dwie godziny, coraz bardziej się w nią zagłębiając i wychodząc coraz wyżej, z coraz mniejszą nadzieją, że znajdę ścieżkę” – pisał Robert Macfarlane w swoich „Szlakach”.

Pisarz uczynił z wędrówek sposób na życie. Chodzi starymi drogami, niegdyś uczęszczanymi, dziś zapomnianymi, czasem takimi, które okresowo znikają – jak słynna, zalewana przypływami The Broomway. Szlaki znajduje wszędzie – na ziemi, w skale, na morzu. Wszak gdy podniesiemy głowę, nad nami też jest droga – Droga Mleczna.

CZŁOWIEK PUSZCZY

Był taki człowiek – „potomek osiadłych w Rosji Szwajcarów, carski oficer i absolwent studiów przyrodniczych i leśnych w Petersburgu”.

Eugeniusz de Ronke, urodził się w 1790 roku, w 1820 osiadł w Puszczy Białowieskiej, gdzie został leśniczym. Ożenił się z Polką, spolonizował, zakochał w Puszczy na zabój. Po powstaniu wielkopolskim znalazł się we Francji i Szwajcarii, i miał już do ulubionych lasów nigdy nie wrócić. Ale był uparty i dotarł do dzisiejszych zachodnich granic kraju piechotą.

Wydalany dwukrotnie – za trzecim razem uzyskał prawo pobytu i, jak pisze Tomasz Samojlik, objął „zarząd nad lasami państwowymi w Wielkim Księstwie Poznańskim”.

Nie wiem, jak de Ronke podróżował. Może wcale nie szedł ciągle, a może zdarł buty? Fascynuje mnie ta peregrynacja. Wyobrażam sobie rozpacz człowieka tęskniącego za lasem, wschodnimi ostępami. Doskonale go rozumiem.

Maria Krześlak-Kandziora Wychodzić sobie świat

Fot. Maria Krześlak-Kandziora

Ponieważ nie mam danych o wędrówce leśnika, idę przez Puszczę Zielonkę, przez lasy Wielkopolskiego Parku Narodowego, rozglądam się i trochę fantazjuję. Myślę, jak wyglądał wtedy świat, jaką widział przyrodę, zanim dotarł do Miłosławia? Czy spotykał zwierzęta, gdzie sypiał, czyje tropy odciskały się na ścieżkach, w błocie i mchu obok jego podeszw? Czy ktoś mu towarzyszył, czy słyszał tylko szum drzew? Czy się bał i jak go traktowano, gdy docierał do wsi i miasteczek? A może je omijał?

 

Nas omijają zgrabnym łukiem dziki, nie spieszą się, truchtają szukać żołędzi gdzie indziej, bez niewygodnych ludzkich świadków.

Czy de Ronke przystawał, żeby pochylić się nad grzybami i porostami? Zauważał próchnilca gałęzistego – małe, blade „rączki” grzybów korzystających z próchniejącego drewna, których pełno o tej porze roku w lesie? I jaka była właściwie pora roku, gdy tak szedł? Robił notatki? Czy przebiegały mu drogę stada łań, tak jak nam dzisiaj w drodze do domu?

CZESZEWSKI LAS

Fantastyczne jest miejsce, w którym zakotwiczył – Miłosław i okoliczne lasy. Podobno pomógł mu tam osiąść nie kto inny, tylko hrabia Seweryn Mielżyński. Czy to zbieg okoliczności, że rezerwat Czeszewski Las nazywany jest niekiedy „małą Puszczą Białowieską”?

Maria Krześlak-Kandziora Wychodzić sobie świat

Fot. Maria Krześlak-Kandziora

 

Rosną tam potężne dęby bezlitośnie dziurawione przez kozioroga dębosza, wiją się i zarastają starorzecza Warty.

Nie wiem, jakim był człowiekiem Eugeniusz de Ronke. Mogę sobie tylko wyobrazić, że naprawdę bardzo chciał znów osiąść w Puszczy Białowieskiej i tam żyć i umrzeć. Jeśli ktoś podejmuje trzykrotnie ryzykowną pieszą wędrówkę, by wrócić do ukochanego lasu, to chyba nie może być złym człowiekiem, prawda?

 

BIBLIOTECZKA

„Idącego człowieka” Jiro Taniguchiego wydało w Polsce Hanami, a przetłumaczył Radosław Bolałek.

O Eugeniuszu de Ronke przeczytałam w komiksie Tomasza Samojlika „Ostatni żubr” (wyd. Kultura Gniewu) i stamtąd pochodzą cytaty, a więcej informacji o nim można znaleźć w książce „Puszcza Białowieska w pracach przyrodników i podróżników 1721–1831” (wyd. Semper).

„Szlaki” Roberta MacFarlane’a wydało Wydawnictwo Poznańskie, a przetłumaczył Jacek Konieczny.

„Hajstry. Krajobraz bocznych dróg” Adama Robińskiego wydało Czarne.