fot. Maria Krześlak-Kandziora

Zróbmy miejsce przyrodzie

Na spacerze w Puszczy Noteckiej spotykam się z trójką współpracowników Stowarzyszenia dla Natury „Wilk”, które od lat bada życie wilków na terenie Polski. Patrycja Tomczak jest romanistką, Honza Zamojski artystą, Monika Zamojska japonistką. W godzinach wolnych od pracy prowadzą monitoring między innymi „Darzyborów”, czyli wilków, które zamieszkały w niewielkim lesie pod Poznaniem.

Maria Krześlak-Kandziora: Może zaczniemy od terenu przy Darzyborskej? Jeździcie tam od dłuższego czasu, monitorujecie mieszkańców lasku między Tulcami, Garbami i Zalasewem. Obserwujecie zmiany, które tam zachodzą.

Patrycja Tomczak: Gdy trzy lata temu byłam na Darzyborskiej pierwszy raz, żeby sprawdzić, czy faktycznie osiedliły się tam wilki, spotkałam może dwie osoby przez pół dnia, i to latem.

Honza Zamojski: Wilki nagrały się pierwszy raz dokładnie dwa lata temu. Teraz ludzie wchodzą wszędzie, jest ich dużo, do tego prowadzona jest wycinka. A kiedy pojechaliśmy tam pierwszy raz, było trochę dziwnie. Na wejściu do lasu stało spalone auto. Mieliśmy wrażenie, że to raczej nie jest miejsce na spacery.

 

Ale ostatnie pół roku to dzikie ciśnienie na lasy.

Wilk zarejestrowany przez fotopułapkę. Zdjęcie dzięki uprzejmości Stowarzyszenia dla Natury "Wilk"

Wilk zarejestrowany przez fotopułapkę. Zdjęcie dzięki uprzejmości Stowarzyszenia dla Natury "Wilk"

PT: Patrząc przyrodniczo, to jest świetny las: zróżnicowane siedliska, rozmaitość gatunków…

HZ: Wygląda jakby to był kiedyś jakiś majątek, ktoś to posadził, a potem zostawił. Teren zostawiony sobie, zarósł, do tego pola naokoło trochę go broniły. To nie była Malta, czy Puszczykowo, do których jeździło się na spacery.

PT: A z kolei Lasy Państwowe jeszcze do niedawna nie eksploatowały takich podmiejskich lasków, nie czyściły młodników, nie prowadziły intensywnej gospodarki. Rosły sobie chaszcze.

 

MKK: Co się stało, że Lasy Państwowe zaczęły ciąć?

HZ: To są jakieś nasze domysły, ale to działa jak budżet w dużych instytucjach - jest plan i trzeba go wykonać. 

 

Nie wykonasz - dostaniesz mniej kasy. Więc każdy robi na górkę, żeby wykazać się większym zyskiem.

PT: Nakręca się spirala zysku. Lasy Państwowe są rozpędzone, nie ma dobrych hamulców, żeby odwrócić obsesję wzrostu w coś, co Francuzi przed laty nazwali décroissance, dewzrostem.

 

MKK: A wiek rębny? Czyli wiek, w którym w gospodarce leśnej ścina się dany gatunek drzew?

PT: To są przepisy dyktowane ekonomią.

 

Żadne względy przyrodnicze nie nakazują ścinać drzew, bo osiągnęły „wiek rębny”. Osiągnęły, no i co?

HZ: Podczas spotkania z mieszkańcami Tulc tak właśnie Lasy Państwowe tłumaczyły konieczność wycinki - wiek rębny. Co może oznaczać, że później może im się nie opłacać tego drewna sprzedawać. Część gałęzi próchnieje, drzewa się starzeją więc z handlowego punktu widzenia to drewno nie ma wartości.

PT: Dominuje czysto ekonomiczne podejście. A jeszcze niedawno wydawało się, że Lasy próbują szukać równowagi między gospodarką a ochroną. Teraz mamy obsesję pozyskania i ukłony w stronę społeczeństwa: „zapraszamy, zanocujcie sobie w lesie”.

 

MKK: A właśnie, przecież od maja będzie wyznaczonych w każdym nadleśnictwie ok 1500 hektarów pod biwakowanie na dziko. Same Lasy przyznają, że w czasie pandemii „lawinowo przybyło osób chcących spędzić urlop w Polsce”. Spanie w lesie zamiast w hotelu?

PT: Najbardziej obawiam się rozwoju biznesów w rodzaju „nauczymy cię bushcraftu”.

 

Zapominamy, że to my zmusiliśmy leśne zwierzęta do nocnego trybu życia – bo ewolucyjnie one są przystosowane do dziennej aktywności.

 

Jeszcze do niedawna kiedy tu, w Noteckiej, zapadał zmierzch, zjeżdżały ze zrębów ostatnie traktory – i zaczynało się drugie, dzikie życie lasu. Teraz nocami pracują harvestery, forwardery. Zabraliśmy zwierzętom dzień, zaczynamy zabierać noc. Strasznie się rozpychamy.

 

MKK: Żadne z Was nie ma wykształcenia kierunkowego przyrodniczego, skąd czerpiecie wiedzę?

HZ, MZ, PT: Od naukowców.

Monika Zamojska: Dla mnie jako dla niewykształconego przyrodnika powodem do dumy i radości jest to, że jestem takim żuczkiem, który chodzi po lesie, zbiera próbki, sprawdza tropy, zakłada fotopułapki. To jest nisza, w której możemy działać i pomóc naukowcom. Nie dostajemy za to żadnych orderów, gratyfikacji.

 

Wydaje mi się, że brakuje takich ciekawskich ludzi, którzy po prostu dla przyrody, bez oczekiwania zysków, wspierają naukowców.

Dla nas zapłatą jest samo chodzenie po lesie no i wyniki badań, do których dołożyliśmy naszą pracą cegiełkę. I to starczy, to są nasze grzyby, to coś, po co idziemy do lasu.

PT: Naukowcy prowadzą badania, a my w nich tylko uczestniczymy. Własne zdanie to ja mogę mieć w innych kwestiach: na przykład gdy przyjaciele biolodzy narzekają na szkodliwość baśni czy bajek, wtedy mówię – hola, to nie takie proste.

 

MKK: Casus „Czerwonego Kapturka”?

PT: Nie prowokuj! Tak, klasyczny przykład to znienawidzony przez biologów „Kapturek”. Ale dla filologa nie ma głupich tekstów; bywa tylko głupie, niezgodne z konwencją czytanie. 

 

MKK: A jeśli tekst jest powszechnie głupio czytany, to co z nim zrobić?

PT: Nie ma prostej odpowiedzi. Na pewno edukować, objaśniać, ale i pisać nowe wersje. „Kapturek” pochodzi z bardzo starej tradycji ludowej.

 

Czerwony Kapturek w interpretacji Braci Grimm oraz Joanny Concejo, Wydawnictwo Tako, przekład Łukasz Musiał, fot. Maria Krześlak-Kandziora

Czerwony Kapturek w interpretacji Braci Grimm oraz Joanny Concejo, Wydawnictwo Tako, przekład Łukasz Musiał, fot. Maria Krześlak-Kandziora

Chodziło w niej raczej o inicjację seksualną niż opis wilczych obyczajów.

W jednej z pierwotnych wersji Kapturek bierze nawet udział w kanibalistycznej uczcie pożerania babci. Pierwsza spisana wersja z siedemnastego wieku, autorstwa Perraulta, kończy się wierszowanym morałem:

 

"Uważajcie, dziewczęta, najbardziej niebezpieczne są wilki prawiące wam komplementy!"

 

Nie chodzi więc w tym tekście o żadne wilki ani o zjadanie dziewczynek, tylko o podstępnych adoratorów, co dybią na dziewczęcą cnotę. Niestety grafomańskie wersje, które się dzisiaj wydaje, są z reguły tej puenty pozbawione i nie mają wiele wspólnego z Perraultem.

 

MKK: Patrycjo, a jak ty właściwie trafiłaś do lasu? 

PT: W spadku po rodzicach dostałam coś, co w latach siedemdziesiątych było dziwactwem – albo awangardą: chodzenie do lasu bez celu. Zwłaszcza ojciec, niebieski ptak, miał w naturze włóczęgostwo. Miejscowi chodzili do lasu, ale zawsze po coś – na grzyby, na jagody, po chrust. Nie rozumieli, jak można włóczyć się po lesie w każdą pogodę, o każdej porze roku…

HZ: …i nic nie przynieść (śmiech). Ale zauważ, że jednak zmieniłaś chodzenie bezcelowe na celowe.

PT: No tak, masz rację. Wcześniej miałam tylko poczucie, że tyle przyrodzie zawdzięczam, że powinnam jakoś jej to oddać.

 

Miałam takie marzenie od wczesnego dzieciństwa: uczestniczyć w badaniach naukowych, ale takich, które pomogą chronić dzikie zwierzęta.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to się nazywa biologia konserwatorska (śmiech). No i spełniło się nieoczekiwanie, po latach ptasiarstwa i współpracy z różnymi organizacjami, dzięki Stowarzyszeniu dla Natury „Wilk”. Świetne badania i świetni ludzie, trochę chyba przygoda życia.

 

MKK: Kiedy ze sobą mailowałyśmy, umawiając się na to spotkanie pisałaś, że wilki w Noteckiej są dla Ciebie ważne, bo sprawiły, że ten las stał się normalny, prawdziwy.

PT: Dawno temu, jak nie było w Noteckiej tylu ludzi ani autostrad do wywożenia drewna, można było iść przed siebie godzinami przez sosny. Czasem jesienią spotkało się zagubionego grzybiarza z zakładowej wycieczki: „Pani, nie stoi tu gdzieś autobus?” To był urok dawnej Noteckiej, jeden z niewielu: mało ludzi, mało dróg.

 

MKK: Przyszły wilki do współczesnej Noteckiej i co się stało?

PT: Wiesz, to trudno wyjaśnić. Gdy pojawia się drapieżnik szczytowy, jakby zmieniało się coś w powietrzu.

 

Wcześniej apex predator to był człowiek z flintą, potem pojawił się wilk i nagle Notecka przestała być zwykłą plantacją desek. 

Czasem żartuję: Matko, co one w tych nudnych sosnach widzą? Jedzenie widzą! Sarny, jelenie, dziki.

 

MKK: A nie jest zbyt przejrzysty dla nich ten las?

PT: Wykrotów i gęstwin potrzebuje na przykład ryś, który poluje z zasadzki. Wilki ścigają ofiarę, i potrafią polować w różnych typach siedlisk. To mnie chyba w nich najbardziej zachwyca: ich niebywała plastyczność. Gęste lasy, tereny otwarte, pola kukurydzy, przedmieścia… Geniusze adaptacji.

 

MKK: A co cię w nich wkurza?

PT: Ludzie (śmiech). To, co robi ludziom w głowach wilk, choć zapewne o tym nie wie. Cała ta dzika polaryzacja: albo nienawiść, albo uwielbienie.

Élisée Reclus sfotografowany przez Nadara, fot. Domena publiczna (Wikimedia Commons)

Élisée Reclus sfotografowany przez Nadara, fot. Domena publiczna (Wikimedia Commons)

Piszę teraz akurat o francuskim geografie i anarchiście z przełomu XIX i XX wieku, wegetarianinie zresztą, Eliseé Reclusie. Wielki geograf, autor dziewiętnastu tomów geografii powszechnej, której już dziś nikt nie czyta. Francuzi sobie o nim przypomnieli, bo bardzo teraz potrzebują takich postaci, które można by uznać za prekursorów ekologii – Reclus za takiego uchodzi, niesłusznie zresztą, ale to inna sprawa.

Ten gość pisze np. o żurawiach, że w locie podtrzymują rannych towarzyszy, o niedźwiedziach, że proszą napotkane w lesie dzieci o poczęstunek, kładąc łapę na koszyku. Zmyśla ile wlezie, ale dobrotliwie, sentymentalnie.

 

I nagle, gdy zaczyna mówić o wilku, jakby coś w niego wstąpiło: pisze już nie o zwierzęciu, ale o szatanie, o wcielonym złu.

Oczywiście, wilk już wtedy miał zażartych obrońców, którzy wysławiali jego cnoty; bardzo nielicznych, ale miał. I co ciekawe, często byli to myśliwi.

 

MKK: U Adama Wajraka w „Wilkach” jest obszerny fragment o strachu przed tymi zwierzętami. Wychodzi na to, że historycznie rzecz ujmując, ludzie boją się wilków najbardziej tam, gdzie ich nie spotykają.

PT: To w zasadzie jest psychologicznie uzasadnione. To, czego nie znamy, mitologizujemy; z tym, co znamy, uczymy się żyć. Jakoś sąsiadować. Nie chodzi przecież o to, żeby ludzi nawracać na „kochanie wilków” – to nie psy; one ani nie są do kochania, ani nie potrzebują naszej miłości.

 

Chodzi o to, żeby budować wspólny świat, w którym trzeba się trochę posunąć, z czegoś zrezygnować.

Mówi się, że współcześnie wymieniliśmy wolność na bezpieczeństwo: żądamy gwarancji, całkowitej eliminacji ryzyka. Tylko że w życiu nie ma gwarancji. Żyć, to ryzykować.     

 


DO POCZYTANIA:
Wszystkich spragnionych wiedzy o życiu wilków zapraszamy na stronę Stowarzyszenia dla Natury „Wilk”.