fot. Oskar Czapiewski

„Jest tylko zbiorowisko”

O Zrzeszeniu Studentów Polskich, kulturze, polityce i poezji - ze Zbigniewem Jaśkiewiczem rozmawia Karolina Król.

Karolina Król: Jak kiedyś wyglądało studiowanie i życie studenckie?

Zbigniew Jaśkiewicz: W czasach, kiedy studiowałem (lata 50/60. XX wieku), nie było czegoś, co dzisiaj jest dość powszechne i co nazwałbym atomizacją studencką. Mieliśmy poczucie przynależności do wspólnoty akademickiej. Studiowaliśmy od początku studiów aż do magisterki w ramach tej samej grupy, ewentualnie roku, bo przecież było nas w stosunku do dzisiejszej sytuacji niewiele.

 

Na całym Uniwersytecie studiowało raptem około 6 tysięcy studentów.

Mieliśmy wiele okazji do kontaktu z osobami z innych kierunków i wydziałów, między innymi poprzez organizacje studenckie, takie jak Zrzeszenie Studentów Polskich. Gdy byłem zaangażowany w działalność ZSP, poznałem dużą grupę osób z innych wydziałów.

Oprócz tego, była możliwość kontaktu i dyskusji w ramach konkretnego wydziału. Byliśmy prawdopodobnie bardziej zintegrowani niż dzisiejsi studenci, ponieważ od samego początku spotykaliśmy się w tych samych grupach dziekańskich.

Inaczej wyglądała też nasza aktywność naukowa. Koła naukowe działały wówczas znacznie aktywniej i samodzielniej niż dzisiaj. Często zajmowaliśmy się konkretnymi tematami, dyskutowaliśmy, zapraszaliśmy gości a także studentów z innych wydziałów.

 

Zbigniew Jaśkiewicz, fot. z archiwum prywatnego

Zbigniew Jaśkiewicz, fot. z archiwum prywatnego

Z jednej strony naciskano na to, aby wiodąca była ideologia marksistowska, z drugiej natomiast odczuwaliśmy wyraźny opór wiążący się z tymi koncepcjami, zwłaszcza, że negowały one istnienie Boga. A do kościoła chodzili niemal wszyscy.

W różnych naukowych dyskusjach toczących się na bazie konkretnych publikacji i tematów mogliśmy obserwować ścieranie się rozmaitych poglądów, chociaż trzeba było być ostrożnym w prezentacji niektórych opinii.

 

KK: Skoro mowa o poglądach – w jaki sposób studenci reagowali na pojawiające się na uniwersytecie kwestie polityczne?

ZJ: W 1956 roku marksizm i leninizm zostały zlikwidowane z przestrzeni uniwersytetu i nie pojawiały się w jego obrębie jako osobne przedmioty. Ja studiowałem w latach sześćdziesiątych, więc ominęły mnie wszelkie marksistowskie obowiązkowe zajęcia.

 

Skończyłem studia w 1962 roku.

W tym okresie nie odczuwałem żadnego nacisku, by wiązać się z jakąś ideologią. Natomiast były tematy tabu, takie jak stosunki polsko-radzieckie, rola PZPR itp. Intensywnie działałem na różnych polach (koło naukowe, turystyka, kultura) , a później – już po studiach – przez trzy lata pracowałem w Radzie okręgowej ZSP.

 

KK: Pracował Pan? Szczerze mówiąc, zawsze myślałam, że ZSP działało na zasadzie wolontariatu…

ZJ: To była organizacja ogólnopolska założona w 1950 roku, a więc jeszcze w czasie głębokiego stalinizmu. Zrzeszenie Studentów Polskich miało być organizacją skupioną na sprawach organizacyjnych i ekonomicznych – kwestiach stołówek, komisji stypendialnych, organizacji domów studenckich.

ZSP miało swoją strukturę, administrację, bazę materialną, np. kluby, ośrodki wypoczynkowe itp. ZSP powstało, by zastąpić przedwojenny Bratniak – czyli akademicką Bratnią Pomoc – który zajmował się pomocą ekonomiczną dla studentów (prowadził domy studenckie, stołówki, dawał zapomogi), a który zaczął się odradzać po 1945 roku, lecz szybko został zlikwidowany.

 

Wszyscy angażowaliśmy się w pracę z wielkim zapałem i w poczuciu, że działamy na rzecz naszej studenckiej społeczności. Działaliśmy również na polu naukowym i kulturalnym.

Przykładowo, w Poznaniu mieliśmy kawiarnię studencką założoną przez ZSP, jednak Nawojka (bo tak nazwała się ta kawiarnia) upadła. Później wokół tego środowiska zgromadziła się grupa plastyków, którzy chcieli w niezależny sposób robić swoje wystawy i dyskusje. Dołączyli do nich poeci i ludzie teatru.

 

Klub "Od nowa", fot. Jerzy Nowakowski, źródło: CYRYL

Klub „Od nowa”, fot. Jerzy Nowakowski, źródło: CYRYL

Klub ,,Od nowa” mieszczący się na rogu ulicy Wielkiej, przy Starym Rynku, zaczął tętnić życiem i stał się jednym z najważniejszych ośrodków młodej kultury.

W weekendy odbywały się tam oczywiście wieczory taneczne, na które mogli wejść tylko studenci. Później na Winogradach powstał drugi klub – Nurt, na wzór ,,Od nowy”. W następnych latach był Bratniak, klub Sęk na Kórnickiej i inne kluby uczelniane.

Spotykam często wiele osób z różnych środowisk, lecz raczej należących do pokoleń 60+, które wzdychają:

 

,,ZSP to była wspaniała organizacja! I komu to przeszkadzało?”.

 

Mój przyjaciel, założyciel Akademickiego Klubu Seniora, Zenek Wośkowiak, organizując wielkie, ogólnopolskie spotkanie inżynierów, poważnych fachowców, narzekał, że dogadać się można bez trudu tylko z tymi, którzy kiedyś otarli się o ZSP. Takie mieli przygotowanie organizacyjne i zrozumienie dla wspólnego działania.

Właśnie: tę opinię powtarzają wszyscy, uczestniczący kiedyś, a więc w latach do 1973, w życiu studenckim – które swój kształt, formy i zadania zawdzięczało w znacznej mierze powszechnej organizacji, noszącej skromną nazwę Zrzeszenie Studentów Polskich.

Jest to fakt do dzisiaj zastanawiający, że niezależnie od tego, czy ktoś był „wielkim” działaczem, pracował już nieomal profesjonalnie w Radzie Okręgowej czy Radzie Naczelnej, czy też – będąc w Radzie Wydziałowej, grupie studenckiej – uczestniczył np. w pracach komisji stołówkowej, komisji stypendialnej, organizował wycieczki czy rajdy, „fajfy” (czyli potańcówki), to każdy czuł, że jest większym lub mniejszym trybikiem w dużej sprawie, jaką było budowanie bogactwa życia studenckiego.

 

Myślę, że to poczucie brało się stąd, że uczestnictwo w różnych wspólnych działaniach miało wymierną wartość społeczną i sprawiało prawdziwą satysfakcję.

Bo to nasze ZSP (proszę nie mylić z organizacją o tej samej nazwie, które zaczęło się tworzyć w roku 1982) było – być może trochę przypadkowo – organizacją bardzo demokratyczną i w swej istocie prawdziwie samorządną.

 

KK: Co to znaczy? Czy mógłby Pan rozwinąć tę myśl?

ZJ: To, że ZSP było organizacją demokratyczną, dzisiaj brzmi dość banalnie. Ale kto pamięta tamte lata (ZSP powstało w 1950 r.!) to wie, że z demokracją nie było prosto. Wzorowany na przykładach zza wschodniej granicy ruch młodzieżowy nie przewidywał takich form.

Zatem tę demokrację trzeba było sobie dopiero wymyślać, wypracować, wywalczyć, zdobyć pewną autonomię i zaufanie na każdym szczeblu, a przy okazji – nie wylać dziecka razem z kąpielą. Kiedy przyjechałem na studia do Poznania z niewielkiego wówczas Rzeszowa, ZSP nie mało jeszcze rad wydziałowych. Zaczęto je tworzyć rok później.

 

Collegium Minus - Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, fot. Oskar Czapiewski

Collegium Minus – Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, fot. Oskar Czapiewski

W stołówce zobaczyłem wielką płachtę z pakowego papieru, na której bez ładu i składu wypisane były nazwiska kandydatów do rady wydziałowej. I można było skreślać, kogo się chciało!

Pamiętam moje zdumienie, nie wierzyłem własnym oczom: przecież wówczas, w Polsce Gomułkowskiej – i jeszcze długo potem – obowiązywało hasło:

 

,,Głosujemy bez skreśleń! Polak-patriota głosuje tylko tak, by wybrani zostali ci pierwsi z listy!”.

 

Później jeszcze wielokrotnie doznawałem tego olśnienia: jestem w organizacji demokratycznej, w której każdy jest wobec drugiego równy i równie ważny. Wzorem dla mnie był wtedy Jurek Mańkowski, szef naszej Rady Uczelnianej, niebywale konkretny, rzeczowy, a zarazem otwarty i serdeczny. Dzięki temu był autentycznym reprezentantem studentów UAM, a równocześnie równorzędnym partnerem władz rektorskich.

 

Sam też, gdy pełniłem różne funkcje, starałem się przestrzegać zasady, że być może moje zdanie jest bardziej trafne, lecz nie ma to żadnego znaczenia w kontakcie z jakimkolwiek innym moim kolegą.

Oczywiście wolne wybory to dopiero był początek, konkretne formy organizacyjne, gwarantujące dobrą słyszalność „głosu ludu studenckiego” rozwijały się stopniowo i różnorako w każdej uczelni.

W „mojej” Radzie Uczelnianej pamiętam burzliwe dyskusje, w której prym wiedli nie tylko znakomici (wówczas i później) prawnicy, jak Staszek Sołtysiński, Andrzej Szwarc czy Wojtek Dereziński, ale także reprezentanci innych wydziałów, którzy często tych mądrzących się prawników serdecznie nie lubili.

 

Natomiast z tą dobrze wypracowaną samorządnością, to była inna historia.

Jako ZSP-owcy czuliśmy wyraźnie, że nie jesteśmy pupilami władz – ani uczelnianych, ani politycznych. A trochę nam na ich akceptacji zależało. Pupilami były wówczas organizacje polityczne czyli Związek Młodzieży Socjalistycznej (ZMS) oraz Związek Młodzieży Wiejskiej (ZMW).

Bardzo to irytowało niektórych moich kolegów z ZSP, że w różnych dyskusjach i oficjalnych wystąpieniach dotyczących środowiska studenckiego stosowano taką wymieniankę: ZMS, ZMW i …. ZSP.

 

Jakby ZSP było jakimś mniej ważnym dodatkiem, a tamte organizacje lepsze od naszej.

Po paru latach się jednak okazało, że naszym kolegom z ZMS-u i ZMW ten parasol ochronny wyszedł bokiem i związki te praktycznie zniknęły z naszych uczelni. Natomiast Zrzeszenie, aby przetrwać, musiało zadbać o autentyczne poparcie studentów. Bez tego zapewne byśmy zginęli, podobnie jak tamci.

Staraliśmy się zatem zdobyć zaufanie studentów, rozumieć ich aspiracje i potrzeby, wciągać ich w wir najróżniejszych aktywności życia studenckiego. Budować wspólnotę środowiska, dla której ramy organizacyjne stwarzało nasze Zrzeszenie. Zdawaliśmy sobie sprawę, że nie wolno nam było dzielić studentów na członków i nie-członków ZSP. A zależało nam, by byli z nami wszyscy.

By do ZSP zapisał się każdy student. Nasz wielki mistrz, szef Rady Okręgowej w Poznaniu Alojzy Łuczak, grzmiał:

 

,,Musicie mieć 100% zorganizowania. Jeśli znalazłby się choćby jeden student, który nie jest członkiem ZSP to znaczy, że on nic o ZSP nie słyszał!’.

 

I rzeczywiście, w czasie moich studiów stopień „zorganizowania” dochodził do 90%. Oczywiście nie na każdej uczelni.

 

KK: Czy studenci tak chętnie angażowali się w życie uczelni i zapisywali się do ZSP przez cały czas?

ZJ: To się skończyło w 1973 r., kiedy powstał SZSP – Socjalistyczny Związek Studentów Polskich. Decyzją władz politycznych postanowiono ujednolicić ruch studencki i z połączenia ZSP, studenckiego ZMS i studenckiego ZMW powstał jeden związek. Socjalistyczny z nazwy.

 

Pomnik Adama Mickiewicza w Poznaniu, fot. Oskar Czapiewski

Pomnik Adama Mickiewicza w Poznaniu, fot. Oskar Czapiewski

Ale to nie sama zmiana nazwy zadecydowała, że bogaty i wszechstronny ruch studencki uwiądł.

Nie od razu, lecz stopniowo, stając się ruchem coraz mniej autentycznym. O tym zadecydował przede wszystkim fakt, że SZSP stał się monopolistą ruchu w uczelni i stały kontakt ze studentami przestał być ważny.

Spytałem kiedyś wiceprzewodniczącego Zarządu Wojewódzkiego SZSP Krzysztofa Olejniczaka, jak sądzi, jaki procent studentów należy do Związku. Odpowiedział ze zdziwieniem: nie wiem, może ok. 30%? Czyli, że z dotychczasowego dorobku ZSP, czyli organizacji na 3 litery – jak to kiedyś sformułował Krzysztof Jaślar (kabaret Klops, później TEY) – pozostały tylko niektóre formy.

 

Studenci przestali być ważni.

W 1980 roku powstało Niezależne Zrzeszenie Studentów. NZS od początku chciało być organizacją polityczną, starając się włączyć do rozgorzałych w całej Polsce ostrych dyskusji i zająć stanowisko w politycznym sporze. Jako takie, opowiadając się jednoznacznie i radykalnie po stronie solidarnościowej, nie mogło stać się, i do dziś nie jest, reprezentantem ogółu studentów.

Natomiast w r. 1982 podjęto także próbę reaktywowania ZSP, co było praktycznie z góry skazane na niepowodzenie. Zwłaszcza że nowe ZSP także postanowiło zająć się polityką, nie przejmując się zainteresowaniami i potrzebami studenckimi.

 

KK: Skoro jest mowa o polityce, chciałabym wrócić jeszcze do wcześniejszych wydarzeń. Czy mogę spytać o Pańskie wspomnienia dotyczące 1968 roku? W jaki sposób dotarła do Pana informacja o wydarzeniach marcowych?

ZJ: W 1968 roku, już po skończeniu studiów, byłem na stypendium w Szwajcarii i nie mogłem zrozumieć, skąd wziął się ten bunt. Później zrozumiałem, że utajona niechęć, często wrogość wobec komunistycznej polityki eksplodowała, wywołana pałowaniem studentów warszawskich po słynnych ,,Dziadach”.

 

Dostawałem dużo listów od znajomych z Polski. Pamiętam, że przebijał z nich wielki smutek.

O tym, co się stało, dowiedziałem się przede wszystkim z prasy szwajcarskiej. W tamtym czasie w całej Europie pojawiały się masowe ruchy studenckie. Polskie wydarzenia były w pewnym sensie odbiciem tego, co działo się wcześniej w Europie, od 1967 roku.

W Niemczech studenci chcieli socjalizmu, była to niezgoda na rzeczywistość, na warunki studiów, na brak rozliczeń po II wojnie światowej. W Niemczech na uniwersytetach panowała ciasnota. Nie było egzaminów wstępnych i każdy po maturze mógł studiować, ale wejście na salę wykładową wcale nie było takie proste. Czasem trzeba było przyjść nawet godzinę wcześniej, żeby znaleźć miejsce. Poza tym, w Niemczech również można było dostrzec ten element zakłamania w dyskusjach publicznych, który wzbudzał sprzeciw studentów.

Wiedzieliśmy o studenckich ruchach na Zachodzie Europy, choć nie zawsze byliśmy poinformowani o ich przyczynach. Zacząłem interesować się sytuacją w Niemczech. Wiodącą siłą był SDS (Sozialistischer Deutscher Studentenbund), czyli Socjalistyczny Niemiecki Związek Studentów, który domagał się wolności, pod hasłami socjalistycznymi.

 

Silne były nastroje antyamerykańskie, zwłaszcza że trwała wojna w Wietnamie.

Hasła zrewoltowanej młodzieży niemieckiej nie brzmiały dla nas zbyt dobrze. Chcieliśmy po prostu zerwania krępujących nas węzłów, czyli wolności. Te pragnienia i oczekiwania można było znaleźć w poezji, między innymi Barańczaka i Krynickiego.

 

KK: Na ile tamte wiersze były czytane w innych środowiskach niż to związane z filologią polską?

ZJ: Szczerze mówiąc, nie jestem pewny, czy one były bardzo popularne. Dopiero później, po latach, lepiej zrozumiałem, o co chodzi w tej poezji.

 

Stanisław Barańczak, fot. na licencji komercyjnej

Stanisław Barańczak, fot. na licencji komercyjnej

Barańczak zresztą był bardzo wcześnie znany jako zdecydowanie nieprzeciętny poeta.

Początkowo, do momentu narażenia się władzy, nie miał problemów z publikowaniem swoich tekstów. To było wówczas bardzo trudne – wydawnictw nie było zbyt dużo, wszystkie państwowe, a nawet jeśli jakieś funkcjonowały, nie dysponowały wystarczającą ilością papieru. Dodatkowo, trzeba było jeszcze zdobywać pozwolenie na druk. To wcale nie było takie proste – działała cenzura.

Cenzorzy musieli zachować czujność, zwłaszcza gdy pojawiał się temat ustroju bądź stosunków polsko-radzieckich. To było, w gruncie rzeczy, najważniejsze działanie cenzora – nie dopuścić, aby pojawiła się jakakolwiek krytyka ustroju, choćby w formie dowcipu.

 

A na takie polityczne dowcipy pozwalały sobie kabarety studenckie.

W pewnym sensie wzór działalności studenckiej dawało warszawskie środowisko, szczególnie jeśli chodzi o teatrzyki, kluby i kabarety. Kabaret pozwalał nam dać upust emocjom i przemycić nieco politycznych wątków, choć oczywiście wszystkie teksty musiały przejść przez cenzurę.

 

Dziś moim zdaniem nie ma – przynajmniej w Poznaniu – ruchu studenckiego.

Żadnych komisji, żadnych zespołów, klubów, teatrów, rajdów, gazetek. Nie ma, bo jak mówi Piotr Frydryszek (ex Teatr Ósmego Dnia) nie ma środowiska, jest tylko… zbiorowisko. Samorząd studencki, zadekretowany w ustawie o szkolnictwie wyższym, niczym nie rządzi. Może tylko wyrażać opinie.

A w Poznaniu z dawnego ZSP pozostał – niczym wspomnienie dobrych, dawnych dni beztroskiego okresu studiów – Akademicki Klub Seniora, obecnie kierowany przez Jacka Kowalskiego. Utworzony przez Zenka Wośkowiaka, Kazika Wolnikowskiego, Olgierda Antoniewicza i mnie gromadzi ponad setkę osób, które spotykają się na przeróżnych imprezach, balach i wycieczkach.

 

Jego największą zaletą jest fakt, że dobrze się rozumiemy i czujemy we własnym gronie.

Klub powstał bodaj w 1963 roku, kiedy nikt z nas nie czuł się seniorem. Nazwę przyjęliśmy dla zabawy. Ale teraz jest to już bez wątpienia klub staruszków, co prawda jeszcze dziarskich i dość sprawnych, ale zdecydowanie siwych, łysych i bezzębnych. No cóż, takie są bezlitosne prawa natury.

 

Zbigniew Jaśkiewicz – polski działacz społeczny, tłumacz, z wykształcenia kulturoznawca i germanista.  W latach 60. XX wieku był przewodniczącym Rady Okręgowej Zrzeszenia Studentów Polskich w Poznaniu, wiosną 1965 roku doprowadził do organizacji pierwszych poznańskich Juwenaliów. W latach 1976-1986 pełnił obowiązki dyrektora Biura Oddziału Polskiej Akademii Nauk w Poznaniu. W latach 1990-1993 prezes Stowarzyszenia Absolwentów Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, w latach 1993-1997 dyrektor naczelny Teatru Polskiego w Poznaniu. Przełożył na polski Żydowskie legendy biblijne autorstwa Micha Josefa Berdyczewskiego. Jest przewodniczącym Rady Fundacji Orbis Tertius – Trzeci Teatr prowadzącej autorski teatr Lecha Raczaka o tej samej nazwie, członkiem Wielkopolskiego Towarzystwa Kulturalnego oraz recenzentem Fundacji Kultury Akademickiej (źródło: Wikipedia).