fot. Dobromiła Tenerowicz-Grądzka

Dni wspomnień

Listopad rozpoczął się nostalgicznie. Od dni wspomnień o tych, co odeszli. Jeżeli wspominamy ich w kuchni, przymknijmy oczy i przywołajmy smaki.

Mnie pod powiekami od razu pojawia się ukochana babcia, jej niezapomniana pomidorówka przetarta ze świeżych pomidorów, na zrobionym przez nią zagęszczonym soku zimą. Obowiązkową wkładką i zarazem naturalnym zagęstnikiem był zawsze ryż, który sypało się na wrzącą zupę. Ta była potem zestawiana z ognia, by ryż samoistnie doszedł. Zawsze największym problem stanowiło odgrzewanie, zupę trzeba było podgrzać tak, by nie przypalić przylegających do dna garnka ziarenek.

Drugim absolutnym babcinym mistrzostwem kulinarnym była ogórkowa. Latem kisiła ogórki w litrowych weckach, dzisiaj zapomnianych już słojach zamykanych na gumkę i sprężynkę. Jej wprawne oko od razu dostrzegało ewentualne błędy w procesie kiszenia. Słój był wówczas otwierany, a zawartość przecierana na średnich oczkach tarki i zamykana z powrotem. Wszak w babcinej kuchni nic nie mogło się zmarnować. Odłożone na bok ogórki służyły do wykonania, późnojesienną porą, zupy ogórkowej. Najpierw należało przygotować mocny wywar. Robiło się go na stópkach, był więc pełen kolagenu i kleił wargi, z dużą ilością włoszczyzny. Stópki obierało się z mięsa, kroiło na drobno, włoszczyznę przecierało i wtedy dokładało starte ogórki razem z kiszeniną. Na moment przed podaniem można było wrzucić kleks śmietany i osobno ugotowane, pokrojone w kostkę ziemniaki. Takie mam wspomnienia, pełne smaku.

Jednak w związku z Dniem Wszystkich Świętych nasuwają mi się jeszcze inne wspomnienia. Gdy całą rodziną zmierzaliśmy na groby bliskich, przed bramą cmentarza stały kobiety z rurami. Tego typowo poznańskiego przysmaku można było popróbować dwa razy do roku, właśnie 1 listopada i w Boże Ciało. W jego wypiekaniu specjalizowały się całe rodziny. Przepis przechodził z pokolenia na pokolenie. I był ściśle strzeżoną tajemnicą. Ciasto zbliżone w smaku do piernika, krojone w duże romby i pieczone właśnie na rurze wychodzącej z kotliny, zwanej angielką lub westfalką.

Dzisiaj wszystko to uległo spłyceniu, a ciastka sprzedawane są za grosze. Przed cmentarzem robi się istne targowisko pełne kiełbasek z rusztu, szaszłyków i golonek z ziemniakami. Rury, jeżeli są, przeplatają się z piernikowymi sercami, duchami, a do tego jeszcze lizaki i inne gastronomiczne badziewie. Dobrze jedynie, że nie wydaje się koncesji na sprzedaż piwa, bo wtedy byłby to już istny Oktoberfest.

Radzę Ci, Szanowny Czytelniku, byś podobnie jak ja wspomniał swoich bliskich, którzy udali się na niebiańskie polany, i na język przywoływał smaki, które Ci się z nimi kojarzą. Wtedy, mimo zamkniętych oczu, na twarzy pojawi się uśmiech, a eteryczne duchy na tę chwilę wrócą do Ciebie z tamtego świata.

 

CZYTAJ TAKŻE: Na grzyby rusz, bracie!
CZYTAJ TAKŻE: Ekologicznie przede wszystkim
CZYTAJ TAKŻE: Zielona Góra gości Wielkopolskę