fot. Dobromiła Tenerowicz-Grądzka

Rogale święto marcińskie: pełnia smaku!

Ten felieton miał być poświęcony zbliżającemu się postowi. Gdy zacząłem stukać w klawiaturę, puknąłem się w łeb, żem kiep! Wszak pominąłbym coś tak ważnego dla każdego poznańczyka jak Dzień Świętego Marcina!

A przecież powszechnie wiadomo, że wiążący się z tym przysmak, chociażby w jednej sztuce, przez każdego mieszkańca naszego miasta zjedzony być musi. 11 listopada to święto patrona jednej z najważniejszych ulic Poznania. Jako człek leciwy i pamiętający lata ustroju słusznie minionego wspominam, gdy ulica ta była opatrzona tabliczkami z napisem „Armii Czerwonej” i szedł tamtędy co roku przymusowy pochód pierwszomajowy. Każdy prawdziwy poznaniak nie plamił jednak swych ust tym narzuconym nazewnictwem i Święty Marcin nie zniknął z pamięci miasta! Dzisiaj, gdy jesteśmy wolnym narodem, ulicą maszeruje parada godna Nowego Jorku, którą co roku otwiera nasz patron jadący na koniu dumnie stukającym kopytami o bruk. Na pohybel minionym czasom!

Legend dotyczących rogala świętomarcińskiego powstało wiele. Jedni powiadają, że jego kształt to zgubiona przez konia podkowa. Inni optują za zawiniętym rogiem tuniki, której spłacheć święty rzucił człekowi ubogiemu. Jak było, do końca nie wiadomo, a rogal jest i basta. Nie obywa się jednak bez sporów, bez nich wszak nie byłoby smaku życia.

Otóż wzorzec, szczęściem od Boga, w Sèvres pod Paryżem obok metra niestojący, zawiera jeden składnik budzący kontrowersje, a figurujący w spisie wysłanym do Brukseli. Jest nim margaryna. Przyznam się szczerze, że budzi ona też i mój opór. Wiem, skąd się wzięła – otóż zawierają ją przepisy z początku wieku, ale tylko i wyłącznie z jednego powodu. Tamtejsi cukiernicy, chcąc wypiec jak najwięcej rogali, by przysmak ten trafił do jak najszerszej liczby mieszkańców, dbali o ekonomię. Ówczesny napoleoński wynalazek, pochodzący od władcy noszącego numer trzeci, choć pośledniejszy, był zdecydowanie tańszy od prawdziwego masła, a bogatsi poznańscy mieszczanie fundowali go swoim współobywatelom, by jedli na zdrowie. To zaś z wymogami dzisiejszej dietetyki nieco się kłóci – ja też, szczerze mówiąc, wolę rogale z masłem.

Co roku zbiera się szacowne grono Cechu Cukierników i Piekarzy, by wedle swego uznania rozdzielać certyfikaty, który to wypiek może nosić godne miano rogala świętomarcińskiego. Gdy któraś pracownia postanowi zastąpić sztucznie utwardzony wyrób roślinny prawdziwym masełkiem, jest bezlitośnie napiętnowana.

Moim przyjacielem jest nowotomyski piekarz z dziada pradziada, Kazio Kucz. Gdy do jego piekarni przychodzą na kontrolę pracowniczki sanepidu, wita je słowami: „Za chwilę wejdą Panie na stopnie stuletniej tradycji, nie wiem, czy zdołają Panie ten ciężar udźwignąć”. W jego piekarni bowiem, tyle lat powstaje chleb, ile liczy sobie nasza Rzeczpospolita w nowej odsłonie. Tam też piecze się rogale. Na początku mój przyjaciel uginał się pod presją komisji i, występując o certyfikat, stosował margarynę. Jednak pewnego roku położył temu kres i wrócił do masła, a certyfikat wyrzucił do kosza. W tym roku zaś swoje rogale sam określił mianem Rogali Niepodległości!

Zmienił recepturę – a co tam, wszak ma fantazję. Ciasto użył francuskie, farsz utarł z białym makiem i bakaliami, wierzch zaś posypał płatkami migdałów, zamiast włoskimi orzechami. Jego rogale sprzedają się jak przysłowiowe świeże bułeczki, i to nie tylko w rodzinnym Nowym Tomyślu. Obdarza też nimi poznańskich smakoszy, stojąc w każdą sobotę od rana na Zielonym Targu, czyli na Rynku Bernardyńskim.

CZYTAJ TAKŻE: Dni wspomnień
CZYTAJ TAKŻE: Na grzyby rusz, bracie!
CZYTAJ TAKŻE: Ekologicznie przede wszystkim