fot. Adam Robiński, bobrza tama, Powsin, Warszawa

Bóbr z nami

W 1990 roku satelita Landsat 7 wykonał zdjęcia bobrzej tamy, znajdującej się „nieopodal jeziora Claire, wewnątrz parku Narodowego Bizona Leśnego w prowincji Alberta”, w Kanadzie. Budowla ma długość 835 metrów.

Przyglądając się mapom i badając teren, historycy uznali, że tuż przed dotarciem Europejczyków do Ameryki Północnej niemal cały amerykański niż był we władaniu bobrów.

Kiedyś tu było bardziej dziko, dzisiaj placek wydeptanej ziemi prowadzi do zwalonego drzewa. Siedzi na nim para, w języku zza naszej wschodniej granicy wesoło rozmawia, flirt nad tamą. Za nimi rozlewisko i ols, tuż obok nich – bobrza inżynieria. Z tamy z dwóch stron ciurka woda, dwa strumyki wartko przenoszą wodę na drugą stronę, pod mostek i do jeziora Rusałka.

 

„O, tu widziałem bobra!” – o mostek opiera się chłopak i wskazuje rozlewisko dziewczynie. 

 

„A tu tama, patrz, traktorem przyjechać i ten, he, he, he, he .”– komentuje dwóch typów.

 

Kiedyś ktoś postawił tu tabliczkę, na której napisał, że bóbr jest dobrem narodowym, i dodał zawołanie „Szanuj bobra!”. Tabliczki już nie ma, tama stoi, tyle dobrego. Za tamą pływa spokojnie kokoszka wodna, bo bobry rozlewając wodę, budują ekosystem nie tylko dla siebie, choć raczej nie zastanawiają się nad losem żab, komarów, płazów, bezkręgowców czy ptaków, dla których tworzą siedlisko.

Jak pisze Adam Robiński:

 

„bóbr to nie rzeczownik, tylko czasownik; nie zwierzę, tylko zachodzący w środowisku wodno-lądowym proces ubogacania.”

 

Pałace na wodzie

Robiński bobrom poświęcił ponad rok. Nad książką „Pałace na wodzie” pracował podczas pandemii, która uniemożliwiła mu planowaną podróż wokół Bałtyku. Pisanie o morzu zastąpił badaniem innych wód – tych płytszych, węższych, czasem skrytych w lasach i na bagnach, torfowiskach – zamieszkanych przez gryzonie:

 

Adam Robiński, Festiwal Słowa im. Jerzego Pilcha Granatowe Góry, fot. Małgorzata Frątczak

Adam Robiński, Festiwal Słowa im. Jerzego Pilcha Granatowe Góry, fot. Małgorzata Frątczak

„(…) granatowy labirynt kanałów i komnat w oceanie intensywnej zieleni. Wydeptane przez bobry i inne ssaki ścieżki rozbiegały się po krajobrazie niczym naczynia krwionośne. W bajorach odbijały się śnieżnobiałe cumulusy. (…) Z kolei zimą pejzaż przywdziewał szaty jakiejś odległej egzoplanety, z której widokiem jeszcze się nie oswoiliśmy” – to opis bobrzego dominium z lotu drona.

 

Woda jest zwornikiem opowieści o bobrach, bo bez niej ich pałace i bobrze kultury nie powstaną. A woda, jak dobrze wiemy, znika z krajobrazu, spływa niezatrzymywana bobrzą inżynierią.

 

Powrót bobra

Andrzej Bereszyński i Ewa Homan w latach 2004–2006 policzyli bobry żyjące na odcinkach poznańskiej Warty i w jej dopływach. Znaleźli 35 czynnych stanowisk gryzoni, czyli około 140 osobników. Aż trudno uwierzyć, że w 1950 roku w Polsce żyła tylko jedna bobrza rodzina. Zwierzęta mieszkały nad rzeką Marychą, gdzieś pod Litwą i Białorusią.

 

„W Wielkopolsce bobrów nikt nie widział przez sześćset lat”, pisze Agata Kowalewska – filozofka, artystka wizualna, badająca przestrzenie ludzko-nieludzkich relacji i konfliktów.

 

Co się z nimi stało? W jakimś sensie – zjedliśmy je. Castor fiber przerabiany był na mięso, jego futra używano do produkcji choćby kapeluszy, a ogon doprawiano na wszelkie sposoby i jedzono w piątki – bóbr wyławiany z wody jest wszak niemięsem, jak ryba. Castoreum, tzw. strój bobrowy, był cennym utrwalaczem zapachu, stosowanym przy produkcji perfum, zabijano więc bobry dla pozyskania tej wydzieliny pochodzącej z przyodbytowych worków zwierzęcia. Castoreum stosowano dawniej jako preparat leczniczy.

Pałace na wodzie, reportaż Adama Robińskiego

Pałace na wodzie, reportaż Adama Robińskiego

 

Powodów do przetrzebienia całej populacji mieliśmy aż nadto…

Bobry zaczęły wracać do Polski przez wschodnią granicę w latach 50. Przemieszczają się z terenów ZSRR, z tamtejszych rezerwatów. Od lat 70. naukowcy pomagają gatunkowi rozmnożyć się i zasiedlić z powrotem cały kraj. Powstaje ferma bobrów w Zakładzie Doświadczalnym PAN w Popielnie, nad jeziorem Śniardwy, skąd zwierzęta trafią nawet do Czech czy Wielkiej Brytanii.

Tworzone są rezerwaty, zatrudniani bobrowniczy, pilnujący, by wsiedlanym zwierzętom nie stała się krzywda. Choć z tą krzywdą to różnie.

 

Celem założenia fermy było „uratowanie gatunku na skraju wymarcia” oraz „zbadanie możliwości przyszłej hodowli użytkowej” – pisze Robiński – czyli rozważano „użyteczność” bobra w gastronomii, czy powrót do produkcji futer.

 

Żeby było jeszcze ciekawiej Popielno wymyśliło patent na pozyskiwanie – bez bobrzej krzywdy – castoreum dla kosmetycznego molocha tamtych lat – Polleny. Ferma ma bogatą, meandrującą historię. W 1992 r. umiera jej wieloletni dyrektor, Wirgiliusz Żurowski, w 1999 r. giną od uderzenia w czaszkę ostatnie bobry, ich ciała trafiają do laboratoriów. W 2004 r. zostaje zamknięty dział naukowy stacji w Popielnie.

Ze wschodu na zachód

Tymczasem w 1973 r. w okolice Poznania trafiły trzydzieści cztery bobry właśnie z hodowli – z Popielna i Wiartla. Młode, dwu- i trzyletnie, oswojone z widokiem człowieka, ale nie „zepsute” przez zbyt długi pobyt w ośrodku hodowlanym.

 

Bóbr żerujący nad brzegiem Narewki, Białowieża, fot. Jacek Zięba

Bóbr żerujący nad brzegiem Narewki, Białowieża, fot. Jacek Zięba

Inicjatorem powrotu bobra był profesor Ryszard Graczyk, pomagał mu wówczas młody doktorant, dziś emerytowany profesor Andrzej Bereszyński.

Nie powstaje żaden rezerwat, nie ma bobrowniczych, nikt bobrów nie dokarmia. Wielkopolskie bobry mają sobie poradzić same. To trochę jak czujne spojrzenie w przyszłość. Jeśli zwierzęta mają przetrwać w coraz bardziej „ludzkim” świecie, muszą być oswojone z ludzką kulturą – zsynantropizowane.

Robiński za profesorem Bereszyńskim przypomina: żaden bóbr nie został wsiedlony w granicach administracyjnych Poznania. O zamieszkaniu w mieście konkretne osobniki, zapewne odważniejsze, odporniejsze na stres, zadecydowały suwerennie. Przyszły i te hodowlane, i te dzikie.

 

Norę wykopały na przykład pod betonowymi okowami Warty. Te elementy ujarzmiające rzekę są teraz zdejmowane w ramach rewitalizacji nabrzeża.

Gdzie poszła bobrza familia? Czy znów się dopasuje do zmieniających się warunków życia? W Warcie, na jej miejskim odcinku naukowcy naliczyli dziewięć bobrzych rodzin – żyją z ludźmi po sąsiedzku. Albo my z nimi.

Bóbr był pierwszy

W 1990 roku satelita Landsat 7 wykonał zdjęcia bobrzej tamy, znajdującej się w Kanadzie:

 

„nieopodal jeziora Claire, wewnątrz parku Narodowego Bizona Leśnego w prowincji Alberta”

 

Budowla ma długość 835 metrów. Przyglądając się mapom i badając teren, historycy uznali, że tuż przed dotarciem Europejczyków do Ameryki Północnej niemal cały amerykański niż był we władaniu bobrów.

Najstarsza bobrza zapora, znajdująca się na jednym z dopływów rzeki Sacramento w Kalifornii, pochodzi z 580 roku naszej ery – notuje Robiński i dodaje:

 

Bóbr kanadyjski, fot. McGill Library, Unsplash

Bóbr kanadyjski, fot. McGill Library, Unsplash

 

„Między ostatnim zlodowaceniem a ekspansją Homo sapiens bobry stanowiły na całej półkuli północnej główną siłę krajobrazotwórczą”.

 

Co więcej, archeolożka Bryony Coles sądzi, że:

 

„dokonania wczesnych ludzi można w zapisie archeologicznym pomylić z efektem pracy gryzoni”.

 

Mniej szokujące, a nadal działające na wyobraźnię jest to, że ludzie po prostu od bobrów czerpali wiedzę: o spiętrzaniu wody, kopaniu kanałów irygacyjnych, ogławianiu drzew.

Czy życie we wspólnocie jest możliwe?

Setki lat temu uczyliśmy się od bobrów, dzisiaj one uczą się żyć w nagiętym do ludzkich potrzeb środowisku.

 

„Zmieniają swoje zwyczaje, kultury, sposoby działania” – pisze Agata Kowalewska.

 

Dalej artystka cytuje profesora Bereszyńskiego:

 

„Jeżeli miasto ma funkcjonować optymalnie, musi być biotopem dla wszystkich” – aż chce się w tej refleksji zastąpić „miasto” słowem „planeta”.

 

Być może będzie to wymagało od nas myślowego ćwiczenia przekraczania hierarchii gatunków. Potrzeba uznania bobrzej kultury, o której pisze Kowalewska, zrozumienia, że trwałość naszego ludzko-nie-ludzkiego ekosystemu nie zależy jedynie od przywrócenia gatunków, ale również od ich ciągłości, dzięki której nieprzerwanie pielęgnowane są relacje, transferowane zwyczaje i wiedza.

 

fot. Jerzy Strzelecki

fot. Jerzy Strzelecki

„Dziedzictwem nieobecności” nazywa amerykańska geolożka Ellen Wohl naszą amnezję – nie wiemy, jak powinien wyglądać strumień, nie pamiętamy, że strumień i bóbr to jedno, niepokoi nas bobrza działalność – kojarzy nam się z destrukcją, wycinką, powodzią.

Relacji bóbr-woda-człowiek musimy uczyć się na nowo i to w bardzo zmienionych warunkach.

Post scriptum

Gdy postawiłam kropkę w tym tekście, dostałam od znajomej film, nagrany telefonem: bóbr przechodzący przez asfaltową ścieżkę w Parku Sołackim, zmierzający prosto do wody.

 

One tu są, wychodzą na ulice, chodzą zbudowanymi przez ludzi ścieżkami. Czy jest ich za dużo? Kto o tym zdecyduje? Nie postawiłam powyżej tych pytań, tak jak Adam Robiński nie stawia ich w swojej książce.

Być może to błąd, a być może potrzebujemy historii, która jest dla bobra rodzajem peanu. Bo to być może (znów, znów, znów) kolejny krok do spojrzenia na miasto jako miasto bobrów i ludzi. Zacznijmy sobie wyobrażać rzeczy, o których nam się nie śniło, wyobraźnia jest nam teraz niezbędna, by trochę przeorganizować świat i zapewnić mu lepszą przyszłość.

 

Jeszcze kilka słów o bibliografii. O rezygnacji z hierarchii gatunków pierwszy raz przeczytałam u Urszuli Zajączkowskiej w „Patykach, badylach” (wyd. Marginesy). Esej Agaty Kowalewskiej o bobrzych kulturach i powrocie bobra do Wielkopolski znajduje się w książce „REFUGIA. (Prze)trwanie transgatunkowych wspólnot miejskich” (Wydawnictwo Naukowe UAM w kooperacji z Galerią Miejską Arsenał). Pełny tytuł książki Adama Robińskiego, to „Pałace na wodzie. Tropem polskich bobrów” (wyd. Czarne).

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
1
Świetne
Świetne
3
Smutne
Smutne
2
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0