fot. Mariusz Forecki

Buntując się, afirmujemy życie

Chyba każdy z nas przeżył kiedyś sytuację graniczną – taki krytyczny moment, w którym pytanie o sens istnienia pojawia się w głowie. To paradoksalne, że zadajemy je raczej w chwilach cierpienia niż szczęścia. Filozofia i poezja wychodzą tej potrzebie naprzeciw – mówi Jerzy Struk, poeta, filozof i lider poznańskiego zespołu Arete, który właśnie świętuje swoje siedmiolecie.

SEBASTIAN GABRYEL: Czesław Miłosz powiedział, że poezja to okruchy ze stołu filozofii. Pana zdaniem to trafna metafora? Co tak naprawdę oznacza być poetą?

JERZY STRUK: To trudne pytanie, zwłaszcza w kontekście filozofii. Dla mnie poezja zawsze była „zapisem” tego świata, który nie jest zauważalny na pierwszy rzut oka. Nie ulega wątpliwości, że jest ona rodzajem języka duszy, pozwala dotrzeć do świata uniwersalnego. Oczywiście, jak często mówi moja żona, poetą jest nie tylko poeta. Można nim być, z zawodu będąc kimś zupełnie innym, bowiem kluczem jest nasz stosunek do odczuwania rzeczywistości.

 

Można powiedzieć, że symbolem napięcia pomiędzy poezją a filozofią jest słynny platoński gest wygnania poetów z państwa idealnego. Zarówno poezja, jak i filozofia próbują opisać rzeczywistość, czynią to jednak za pomocą zupełnie innych narzędzi. Jako autorowi trudno Panu godzić ze sobą te dwa światy?

Jeżeli ktoś chce separować je od siebie na siłę, to z całą pewnością! Nie ukrywam, że łączenie ich zawsze przynosi mi ogromną satysfakcję. Osobiście jestem wielkim zwolennikiem myśli żydowskiego filozofa i teologa, Abrahama Joshuy Heschela. Twierdził on, że istnieje świat, w którym zarówno poezja, jak i filozofia, a nawet teologia, w pewnym sensie są poszukiwaniem tego samego. Jedyną rzeczą, która je różni jest język, sposób wyrażenia. Wiele osób mówi mi, że do swojej poezji często przemycam przemyślenia czysto filozoficzne. W pewnym okresie życia wiele moich wierszy było bardzo metafizycznych. Przykładem mogą być choćby te zebrane w tomiku „Rysa absolutna”. Powstały w czasach, kiedy byłem jeszcze studentem filozofii.

 

Przeglądając karty historii kultury europejskiej, pojawia się wniosek, że na przestrzeni wieków relacja poezji i filozofii przypominała sinusoidę – raz hossa, raz bessa.

W tym momencie dochodzimy do kluczowego pytania na temat przenikania się świata materialnego ze światem duchowym – z tym, w którym pytanie o sens istnienia, w pewnym momencie życia, może rzucić nas na kolana. Chyba każdy z nas przeżył kiedyś sytuację graniczną – taki krytyczny moment cierpienia, w którym to pytanie pojawia się w głowie. To paradoksalne, że zadajemy je raczej w chwilach cierpienia niż szczęścia.

Jerzy Struk, fot. Mariusz Forecki

Jerzy Struk, „Troski i czułości”

 

Filozofia i poezja wychodzą tej potrzebie naprzeciw. Pomagają odpowiedzieć sobie na trzy najważniejsze pytania: skąd jesteśmy, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy.

Kiedyś, w jednym z artykułów napisałem, że poezja potrafi powiedzieć więcej niż filozofia, choć wcale nie dlatego, że stoi bliżej prawdy. Zdanie napisane w formie poetyckiej, w postaci wiersza, można przecież odczytywać na wiele różnych sposobów. Ono sięga nawet tej niewysłowionej przestrzeni. Z jego pomocą, człowiek poszukujący sensu i znaczenia, może dotrzeć do rzeczy niewyrażalnych, a jednocześnie poczuć prawdę z całą sugestywnością.

 

Wraz z pogłębiającym się spadkiem czytelnictwa, tomiki poezji i eseje filozoficzne zostały zepchnięte na jeszcze dalszy margines rynku wydawniczego. Poezja i filozofia potrzebuje odnowy, nowych środków wyrazu?

To mogłoby sugerować, że poezję czytają już tylko poeci (śmiech). To jak w tym dowcipie o dwóch jazzmanach. Jeden pyta drugiego: „Hej, co u ciebie?”, na to ten: „Nagrałem płytę!”. Więc pierwszy dopytuje: „I co, dużo sprzedałeś?”, na co pierwszy odpowiada: „Aaa, tylko dom i samochód…” (śmiech). Znam ludzi, którzy czytają bardzo dużo książek, z drugiej strony, rzeczywiście, na poziomie edukacji szkolnej istnieje powszechny problem z czytelnictwem poezji, potęgowany choćby zmuszaniem uczniów do interpretacji…

 

Co poeta miał na myśli.

No właśnie. Ja akurat miałem szczęście do profesorów, wiele zawdzięczam choćby prof. Małgorzacie Jaskule. Była tą, która rozbudzała zapał, niczego nie narzucając odgórnie. Pierwsze wiersze pisałem w Liceum Ogólnokształcącym w Międzychodzie. Miałem w nim indywidualny tok nauczania, dlatego poezję musiałem interpretować samodzielnie. W pociągach, autobusach, wracając z kolejnych turniejów szachowych.

 

Kartezjusz twierdził, że myśli głębokie spotykamy raczej u poetów niż u filozofów. Znakiem współistnienia obok siebie poezji i filozofii jest poezja filozoficzna. Czuje się Pan jej przedstawicielem?

W pewnym sensie tak, ten temat jest mi zresztą bardzo bliski. Akurat dziś, w Zakładzie Antropologii Filozoficznej, poprowadzę wykład, podczas którego postaram się pokazać, że w niektórych tematach poezja jest w stanie powiedzieć o wiele więcej niż filozofia. Z kolei w tekstach piosenek często zdarza mi się używać sformułowań z tej dyscypliny. Bywają sytuacje, że ktoś podchodzi po koncercie i dopytuje o ich znaczenie.

 

A co Pan może powiedzieć o relacji filozofii i religii? Prywatnie jest Pan osobą wierzącą, z wykształcenia – filozofem. Nasuwa się pytanie: czy w praktyce ta więź bardziej opiera się na konflikcie czy współpracy?

W tym miejscu warto powrócić do myśli wspomnianego przez mnie Heschela, dostrzegającego rzeczywistość łączącą świat religii i filozofii. Można przypomnieć też Edytę Stein, niemiecką filozof żydowskiego pochodzenia i męczennicę Kościoła katolickiego, która powiedziała kiedyś, że każdy kto szuka prawdy, szuka i Boga, nawet jeśli o tym nie wie. Faktem jest, że istnieje wielki problem wiary i nauki, istnieje spór o to, czy filozofia w ogóle jest nauką. Znam takich, którzy twierdzą, że wcale nią nie jest, mimo że powszechnie określa się ją „królową nauk”. Nie ma jednak wątpliwości, że przy jakimkolwiek kryzysie innych nauk, by go zażegnać, chcąc nie chcąc, powraca się właśnie do filozofii.

 

Dziewiętnastowieczny arcymistrz Paul Charles Morphy twierdził, że szachy są grą filozofów. Z kolei niemiecki filozof żydowskiego pochodzenia, Moses Mendelssohn, napisał, że: „Szachy jak na grę wymagają zbyt wiele wiedzy, zaś jak na wiedzę są za bardzo grą”. Pan może pochwalić się tytułem mistrzowskim Międzynarodowej Federacji Szachowej. Czy istnieje Pana zdaniem coś takiego jak filozofia szachów?

Całkiem niedawno odbyłem rozmowę z legendą polskich szachów, arcymistrzem Włodzimierzem Schmidtem, który zadaje mi to pytanie od dziesięciu lat, a ja zawsze unikam odpowiedzi (śmiech). Warto pamiętać, że teoria jest elementarną częścią szachów. Ta gra nieustannie się rozwija, zaś wiedza na jej temat cały czas ulega aktualizacji.

Jerzy Struk, fot. Mariusz Forecki

Jerzy Struk, fot. Mariusz Forecki

 

Filozoficzny aspekt szachów ujawnia się choćby w stylach gry, które w przypadku arcymistrzów są zupełnie niepowtarzalne. Swoją drogą, nie każdy zdaje sobie sprawę, że szachy to – wbrew pozorom – bardzo wyczerpujący sport.

Istnieje tylko kilka dyscyplin sportowych, w których spalanie energii jest większe. Niejedna mistrzowska rozgrywka skończyła się dla graczy zrzuceniem kilkunastu kilogramów (śmiech). Nieszczęsny „refleks szachisty” również jest mitem. Pokazują to choćby szachowe mistrzostwa Polski, na których w partiach błyskawicznych (tzw. „blitz”) każdy z graczy ma do dyspozycji nie więcej niż dziesięć minut na całą rozgrywkę.

 

Szachy często nazywa się „królową gier”. W czym tkwi ich największa siła?

Często nawet sobie nie wyobrażamy, jak wielką estymą cieszą się szachy. Są prawdziwą intelektualną przygodą, uczą też zasad „fair play”. To, że szachy czasem kończą się remisem, pokazuje młodemu człowiekowi, że gra nie zawsze musi kończyć się wyłonieniem zwycięzcy i wskazaniem palcem na pokonanego. A taką naukę można przełożyć na wiele aspektów życia. Oczywiście, istnieje olbrzymia różnica pomiędzy szachami zawodowymi, które dla wielu są sposobem na życie, a szachami w formie gry towarzyskiej. Bez względu na to, proszę zauważyć jak często motyw tej gry wykorzystywany jest w malarstwie, filmie, literaturze. Myślę, że największa siła szachów tkwi właśnie w ich wieloaspektowości. Z jednej strony są sportem, z drugiej – należą do świata kultury i sztuki.

 

Podobnie jak szachy, od najmłodszych lat towarzyszyła Panu poezja. Po wydaniu pierwszych dwóch tomików, do pisania wierszy powrócił Pan dopiero po dziesięcioletniej przerwie. Po zdarzeniu, które bardzo odmieniło Pana życie…

To był wypadek samochodowy, w którym zginęła moja mama, a ja cudem przeżyłem. To było trudne doświadczenie, bardzo traumatyczne. Nie ukrywam, że doprowadziło mnie do duchowego nawrócenia, zyskałem nowe spojrzenie na świat. Można powiedzieć, że moje życie, fizycznie i psychicznie, rozpoczęło się zupełnie od nowa. Prostymi, wręcz dziecięcymi wierszami wyznaczyłem linię demarkacyjną pomiędzy życiem przed i po tym doświadczeniu. To, że poezja pojawiła się w moim życiu, zawdzięczam właśnie mamie. To ona zaszczepiła we mniej miłość do wierszy, miała wielką zdolność radowania się z najmniejszych rzeczy i widziała piękno tam, gdzie inni go nie dostrzegali.

 

W 2010 roku powołał Pan do życia zespół Arete. Jego nazwa pochodzi od greckiego „areté”, oznaczającego cnotę i męstwo. To podobno bardzo wpisuje się w artystyczną drogę zespołu. Dlaczego?

Płynąc na fali dość niezwykłych zdarzeń, pasji i afirmacji życia, ta nazwa wydawała mi się najlepiej oddawać nasze ciągłe dążenie do doskonałości. Jest po prostu powiedzeniem światu „tak”. Oczywiście, bunt wobec niego wciąż jest gdzieś obecny, jednak w naszej muzyce łączy się z jego wielką aprobatą. Widać to po kolejnych albumach, a nawet ich tytułach – „Pierwszy promień”, „Wędrujemy” i wreszcie „Niech życie trwa!”.

 

Jak z perspektywy tych siedmiu lat wspomina Pan dotychczasową działalność grupy? Na pewno są momenty, które wspomina Pan najmilej.

Jestem zachwycony Poznaniem, a zwłaszcza muzykami z tego miasta. Mamy sześcioosobowy zespół. To nie tylko wspaniali artyści, ale i przyjaciele: Agnieszka Kargulewicz, Maria Bogawska, Katarzyna Kasprzak, Przemysław Hałuszczak i Romuald Andrzejewski. Często gościnnie występuje z nami również Anna Maria Tabaczyńska i Joanna Wójcicka. Dobrze pamiętam jak wielką radością było nagranie debiutanckiej płyty, która powstała zaledwie pół roku po założeniu grupy. Bez pomocy naszych bliskich, przyjaciół, mojego taty, z pewnością nie udałoby się jej zrealizować w tak krótkim czasie. Piosenki pisaliśmy w szczególnym momencie – pobieraliśmy się, zakładaliśmy rodziny… Dla każdego było to duży wysiłek, zwłaszcza logistyczny.

Nie wyobrażam sobie też, w jaki sposób zespół mógłby funkcjonować bez wielkiego wsparcia ambasadorki naszej twórczości, Anny Oratowskiej. Na pewno wyjątkową chwilą było ubiegłoroczne zwycięstwo naszego utworu „Póki żyjemy, róbmy coś!” w plebiscycie „Grajmy swoje” Radia RDN na Polski Przebój Roku. Satysfakcję przyniósł też sukces piosenki tytułowej z płyty „Wędrujemy”, która aż osiemnaście razy zajmowała pierwsze miejsce na „Liście z mocą” wspomnianego radia, trafiając też na sam szczyt „Łagodnej Listy Przebojów” Radia Aspekt. Bardzo miło wspominamy też debiut w krakowskiej Piwnicy pod Baranami.

 

Poezja śpiewana rządzi się inny prawami niż ta pisana?

Niedawno pewna poetka zadała mi pytanie, czy ja piszę wiersze „pod piosenki”. Wydaje się więc, że przynajmniej od paru lat, może podświadomie, jestem wierny stylowi pewnej rytmiki i melodyki w swoich wierszach. Z drugiej strony, istnieje wiele takich, których nigdy nie chciałbym usłyszeć w formie piosenki. Kiedyś złapałem się na tym, że część poezji niejako przeznaczam do ewentualnego wykorzystania ich w muzyce zespołu Arete lub kogoś innego. W końcu nigdy nie wiem, jaka będzie ich historia…

 

Większość waszych kompozycji utrzymana jest w konwencji poezji śpiewanej, choć wspólnie podkreślacie, że „tego, co w duszy gra nie można zamknąć w sztywnych ramach i ustalonych gatunkach”.

W początkowych latach naszej działalności na pewno była to wyłącznie poezja śpiewana, dziś lepiej powiedzieć, że to po prostu piosenka autorska bądź literacka. Mamy dużo aranżacji jazzowych i bluesowych, wciąż chcemy je ubogacać o nowe elementy. Współpracując z tak znakomitymi kompozytorami, jak klawiszowiec Romuald Andrzejewski, ograniczać się do jednego brzmienia byłoby wielkim błędem. Kiedyś bardzo upierałem się przy niektórych „nutach”, w tej chwili coraz chętniej przystaję na różne kombinacje, eksperymenty z brzemieniem i melodią gitary, fortepianu czy skrzypiec. To są wspaniałe, niepowtarzalne chwile, kiedy ktoś dodaje od siebie jakiś smaczek, którego pierwotnie nie było w planach, a który finalnie okazuje się idealnie pasować do całości.

 

Już za kilka dni odbędzie się specjalny koncert z okazji urodzin zespołu. Co przygotowaliście na tę okazję?

Z Katarzyną Kasprzak zaśpiewam trzy zupełnie nowe utwory, które najpewniej znajdą się na naszym nowym albumie. Jeden z nich będzie wyrazem wdzięczności dla naszych fanów. Oczywiście, nie zabraknie piosenek z całego okresu naszej działalności, które dziś są już znakiem rozpoznawczym zespołu Arete. Fani wciąż domagają się ich na koncertach. Nic nie stoi na przeszkodzie, by po raz kolejny wyjść naprzeciw tym oczekiwaniom.

 

Co miłośnikom Pana twórczości przyniesie najbliższa przyszłość?

Moim wielkim marzeniem jest, by nasza czwarta płyta ukazała się jeszcze w tym roku. Tymczasem dosłownie przed chwilą, w Salonie Poetycko-Muzycznym Galerii Miejskiej w Mosinie, miał miejsce specjalny koncert Arete, połączony z promocją mojej nowej, szóstej już książki poetyckiej pt. „Troski i czułości”. Tom składa się z pięciu części, można przeczytać w nim nie tylko moje najnowsze wiersze, ale również teksty nowych piosenek. Nie zabrakło poezji miłosnej oraz zbioru dziesięciu sonetów opartych na Dekalogu. Do ich wydania przymierzałem się od wielu lat. Porwałem się na tyle, że wciąż mam wątpliwości, jak zostaną odebrane przez czytelnika (śmiech). Mogę tylko liczyć, że koniec końców, spotkają się z jego uznaniem.

 

JERZY STRUK – poeta i filozof, twórca piosenek, szachowy mistrz FIDE, doktor nauk humanistycznych. Pracuje w Instytucie Filozofii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Autor książek poetyckich: „Jesteśmy” (1997), „Rysa absolutna” (1999), „przed… Po…” (2009), „Być uczniem miłości” (2010), „Krzyk o dobro!” (2010) oraz „Troski i czułości” (2017). W 2010 roku powołał do życia zespół Arete. Grupa wykonuje wyłącznie autorskie kompozycje, do tej pory artyści nagrali trzy płyty: „Pierwszy promień” (2010), „Wędrujemy” (2012) oraz „Niech życie trwa!” (2015).

 

Spotkanie autorskie z Jerzym Strukiem pt. „Nie tylko czułości”, połączone z koncertem zespołu Arete, odbędzie się w sobotę 22 kwietnia o godz. 17 w Salonie Poetycko-Muzycznym Galerii Miejskiej (ul. Niezłomnych 1) w Mosinie.

Urodziny koncert zespołu Arete pt. „Już 7 lat minęło!” odbędzie się w czwartek 27 kwietnia o godz. 19 w kawiarni Cafe Misja (ul. Gołębia 1) w Poznaniu.

 

CZYTAJ TAKŻE: Kościół myślący. Zamek czyta” – spotkanie z Zuzanną Radzik

CZYTAJ TAKŻE: Przyjemność tekstów. Konkurs „Pamiętajmy o Osieckiej” 2018

CZYTAJ TAKŻE: Zawsze kibicuję słabszemu. Rozmowa z Iloną Witkowską