fot. Mariusz Forecki

Czynnik ryzyka

Tak naprawdę interesuje mnie przede wszystkim pisanie jako takie, ludzka aktywność, której w niczym nie ustępuje wiązanie butów, koszenie trawników, stolarstwo czy naprawianie samochodów. Z tą różnicą, że o tym wszystkim również można napisać – mówi Marcin Czerkasow z Fundacji Disastra.

KUBA WOJTASZCZYK: „Tam, gdzie inni dostrzegają ruiny, my widzimy możliwości” – czytamy na stronie Disastry. Wydawanie poezji to szaleństwo czy pasja?

MARCIN CZERKASOW: Wydawanie książek, ogólnie rzecz biorąc, jest raczej szalonym przedsięwzięciem. Zwłaszcza literackich. To niezwykle trudna branża, funkcjonująca na krawędzi rynku i wyobraźni. Lubię od czasu do czasu przypomnieć sobie rozmowę, jaką Rosmarie i Keith Waldrop z wydawnictwa Burning Deck odbyli przed laty z redakcją „Literatury na Świecie” na temat prosperowania niewielkich oficyn. Pod koniec tej rozmowy Keith Waldrop rzucił elektryzującą uwagę: „Primo: nie liczyć na żadne zyski, wydawnictwo jest po to, żeby pieniądze tracić!”. To przyjemnie sprowadza na ziemię w czasach każdej fiskalnej gorączki.

Ta uwaga w zasadzie zawsze korespondowała z moim najgłębszym przekonaniem, że wszelka informacja powinna być dostępna bezpłatnie. Słowo „wydawać” samo z siebie kieruje zresztą uwagę w stronę czegoś, co powinno być za darmo.

Oczywiście z takim podejściem trudno utrzymać się na powierzchni, dlatego moje nastawienie w tej materii jest równoważone przez nieco bardziej pragmatyczne podejście mojego wspólnika, Kuby Bąka. Nawiasem mówiąc, nie mówimy tutaj jedynie o poezji, poezja to tylko jeden z przykładów.

 

Disastra nie jest wydawnictwem „poetyckim” sensu stricto, znacznie bardziej pociąga nas systematyczna likwidacja pojęcia literatury domkniętej gatunkowo i rodzajowo.

Szalenie pociągające wydają nam się zwłaszcza eksperymenty z literaturą, która otwiera się w polu sztuki, tworzoną przez artystów, jak również same książki artystyczne.

Nasze motto i filozofia działania odnoszą się do sytuacji, w której wszyscyśmy nieco obecnie utknęli: na zakręcie pewnego historycznego, społecznego, a przede wszystkim ekonomicznego modelu, który w zastraszającym tempie rujnuje wokół nas wszelkie struktury. W pewnym sensie literatura funkcjonująca obecnie to gra resztkami tych ruin. Natomiast wydawanie książek w tych warunkach stanowi pewną formę negatywnej ekologii.

 

Disastra działa na rynku od 2014 roku. Proszę opowiedzieć o początkach wydawnictwa.

Marcin Czerkasow

Marcin Czerkasow – założyciel oficyny wydawniczej Disastra Publishing. Fot. Mariusz Forecki

Myślałem o wydawaniu książek od wielu lat. W liceum i na studiach również zdarzyły się niewielkie incydenty wydawnicze, ale decyzję o założeniu czegoś bardziej zobowiązującego zawsze odkładałem na jakiś stosowny moment. Cała sprawa z Disastrą zaczęła się w 2013 roku, kiedy kończyłem swoją drugą książkę i już dość poważnie planowałem jej wydanie. Właściwie od razu odrzuciłem myśl o tym, aby publikować ją w jakimkolwiek istniejącym wydawnictwie. Po wielu latach przesiadywania w różnych biurach i generalnej straty czasu, chciałem odzyskać nieco kontroli nad własnym życiem, i postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce.

„Przede wszystkim zniszczenia” wydałem w bliskim mi duchu DIY (Do It Yourself). Ian MacKaye z Fugazi opowiadał kiedyś o początkach Dischord Records. Nie wiedząc na przykład, skąd wziąć koperty do nagrywanych przez siebie płyt, zaczął wraz z przyjaciółmi rozrywać okładki nagrań, które akurat mieli pod ręką. Odrysowali szablon i na tej podstawie rozpoczynali własną produkcję.

 

Początki Disastry były podobne?

W zasadzie tak. Uczyłem się podstaw introligatorstwa, szycia i oprawiania książek, rozkładając m.in. na czynniki pierwsze inne książki. W tamtym okresie pracowałem już od siedmiu lat w korporacji, w której spędzałem czas, ziewając na dane przelewające się przez ekran mojego terminala, więc kiedy rok później otrzymałem stypendium Marszałka Województwa Wielkopolskiego, poszedłem na bezpłatny urlop, a następnie wymknąłem się z firmy tylnymi drzwiami.

 

Mając w ręku nieco funduszy, w sypialni urządziłem niewielką pracownię, a w drugim pokoju studio fotograficzne do celów promocyjnych.

Podglądałem wiele istniejących realizacji i zastanawiałem się nad materialnym kształtem mojej książki.

Nakład zaplanowałem na 150 egzemplarzy. Po ukończeniu tekstów i ich redakcji, złożyłem wszystko na komputerze, wydrukowałem kilka makiet. Następnie kupiłem w sieci 2000 arkuszy papieru formatu A3. Było to potwornie ciężkie pudło, które pewnego wieczoru zataszczyłem do – nieistniejącego już niestety – Studia Arizona przy ulicy Ratajczaka, prowadzonego przez Tosię Kiliś, Michała Lobę, Piotra Łożykowskiego i Jarka Danilenko.

Proces powstawania książki „Przede wszystkim zniszczenia” Marcina Czerkasowa.

Cała ta wesoła ferajna, zafascynowana risografią, była w posiadaniu maszyny do tego rodzaju druku i drukowała głównie graficzne prace swoje i swoich znajomych. Risograf to coś pomiędzy kserokopiarką a offsetem, matryce do druku układa się na szybie, skąd wzór przenoszony jest na wałki odpowiadające palecie CMYK. Wydrukowanie na tym sprzęcie książki z właściwą impozycją, poprawnymi registrami etc., która nie będzie wyglądała jak broszura z samizdatu, było praktycznie niemożliwe, choć ostatecznie jestem z tej formy zadowolony.

W ciągu jednej nocy wydrukowaliśmy, arkusz po arkuszu, cały materiał pod te 150 egzemplarzy. Było tego naprawdę sporo i to również była w dużej mierze ręczna robota. Dwa dni później zacząłem sortowanie i przygotowywanie składek do szycia. Proces fizycznego budowania książki w takim nakładzie jest niesamowicie czasochłonny. Prowadziłem różne obliczenia, żeby go zoptymalizować i w ten sposób ustaliłem, że na wykonanie jednego egzemplarza od początku do końca potrzebowałem około czterech godzin (łącznie z suszeniem oprawy). Często pracowałem wtedy po szesnaście, w porywach nawet do dwudziestu godzin na dobę, niewiele sypiałem, rzadko też wychodziłem z domu.

 

Szalony okres…

Szyłem składki, kleiłem i przycinałem bloki papieru do ustalonego formatu, później wycinałem z płótna materiał na oprawę i zaczynałem montaż całości. Przy każdym pojedynczym egzemplarzu były jakieś drobne problemy techniczne. Delikatne przesunięcie tektury introligatorskiej na płótnie, niewłaściwie przyłożony blok książki do pokrytej już klejem oprawy – i tym podobne sprawy. Najlepsze dni kończyłem w okolicach dziewiątej rano z wynikiem pięciu egzemplarzy. Było to poważne wyzwanie fizyczne i czułem, że rzeczywiście odpracowuję te lata spędzone za biurkiem.

Metodą prób i błędów wykonałem nieco ponad 100 egzemplarzy. Reszta nakładu to odrzuty oraz te niewykonane egzemplarze, które nadal leżą w jakichś pudłach. W pewnym momencie poczułem, że po prostu wystarczy. Zrobiłem zdjęcia, zacząłem promować materiał w sieci.

Książce towarzyszą też krótkie filmy mojego autorstwa, przy okazji zabawiłem się również w nagrywanie do nich muzyki. No i to był początek wydawnictwa. Bardzo wyczerpująca i niesamowicie ekscytująca sytuacja, która trwała niemal cały pierwszy rok działalności.

 

Od 2016 roku Disastra działa jako fundacja. Skąd ta decyzja?

W 2016 roku z moim przywołanym już serdecznym przyjacielem Jakubem Bąkiem, krytykiem sztuki i kuratorem, postanowiliśmy połączyć siły i zająć się nieco bardziej sprofesjonalizowanym podejściem do wydawania książek. Nigdy nie zakładałem, że Disastra będzie wydawała wyłącznie literackie, a tym bardziej poetyckie tytuły, nigdy nie interesował mnie koncept tego rodzaju. Jednak tak się złożyło, że kolejną książką, nad którą pracowaliśmy już wspólnie z Kubą, był również zbiór wierszy – „Niebieski dwór”, którego autorką jest Zuzanna Bartoszek, pisarka i artystka.

Zuzanna wysłała mi swoje teksty parę lat wcześniej, czytałem je wielokrotnie i polecałem innym wydawcom, jednak nikt nie był zainteresowany wydaniem debiutu, który wyraźnie odbiegał od standardów przyjętych w tak zwanym środowisku poetyckim. Teksty mi się podobały, wiedziałem, że należy coś z nimi zrobić, więc kiedy zastanawialiśmy się nad następnym posunięciem, w naturalny sposób pomyślałem od razu o nich. Do sprawy podeszliśmy jednak nieco poważniej.

 

Założyliśmy Fundację Disastra głównie po to, aby nadać konkretny kształt naszej działalności, sprecyzować cele i dalszy plan działania, który dotyczy również wspierania artystów sztuk wizualnych.

To długofalowe przedsięwzięcie, które nadal się rozwija, ale na razie na dalszym planie.

Po zakończeniu prac nad „Niebieskim dworem” postanowiliśmy zmienić nieco kurs i sięgnąć po tytuł zagraniczny. Zawsze byłem pod wielkim wpływem muzyki, zwłaszcza tych bardziej inwazyjnych gatunków, jak hardcore, noise czy math rock. Od lat jestem wielkim fanem Arab On Radar, Chinese Stars i kolejnych zespołów, w których udziela się Eric Paul, zawsze bardzo podobały mi się jego teksty.

Fot. Disastra Publishing

Kilka lat temu przeczytałem wiersze z jego debiutanckiego zbioru, „I Offered Myself as the Sea”, więc kiedy zorientowałem się, że wydał kolejną książkę – „A Popular Place to Explode” – usiadłem pewnej nocy przed komputerem i niewiele się zastanawiając, po prostu napisałem do niego z pytaniem, czy nie byłby zainteresowany jej polskim przekładem. Przysłał mi egzemplarze i po gorączkowej lekturze wiedziałem, że to jest dokładnie to, co powinniśmy wydać w następnej kolejności. Udało się i bardzo nas cieszą reakcje na tę książkę, została świetnie przyjęta.

 

Poznań poezją stoi, przynajmniej tak chyba się przyjęło. Czy poznańskość lub szerzej – wielkopolskość ma dla pana i Disastry znaczenie? A może jest to tylko miejsce zamieszkania?

Nie do końca rozumiem kwestię „poznańskości” czy „wielkopolskości”, regionalizmy to formy, które zawsze były mi raczej obce.

Bardzo lubię to miasto. Mieszkam tutaj od niemal dziewiętnastu lat, choć czasem mam wrażenie, że nadal dopiero je poznaję. Mieszkają tu bardzo różni ludzie, pochodzący z wielu miejsc na świecie.

 

Odpowiada mi w Poznaniu, że to miejsce jest nadal trochę jak niezapisana kartka dla tych, którzy mają coś do powiedzenia.

Choć z jednej strony istnieje tutaj wiele środowisk i sytuacji z określoną marką, które aktywnie funkcjonują i wpływają na kulturę tego miasta, z drugiej natomiast można odczuć ogromny niedosyt i świadomość jakiejś przeoczonej przestrzeni w samym jego metaforycznym centrum.

Fot. Disastra Publishing

Wielu ludzi zainteresowanych sztuką, młodzi artyści, kuratorzy, wielu utalentowanych ludzi wyjeżdża stąd niemal niezwłocznie po ukończeniu studiów. Znudzeni intelektualnie wolą stąd wyjechać do Berlina czy Warszawy, gdzie instytucjonalna i towarzyska siatka jest znacznie gęstsza, a przez to znacznie bardziej atrakcyjna dla tych, którzy poszukują dalszego rozwoju.

Niestety w przeszłości wyemigrowało stąd również wiele interesujących adresów, jak Galeria Stereo czy Pies, jednak wciąż pojawiają się świeże inicjatywy, które – miejmy nadzieję – zostaną na dłużej, jak choćby powstała całkiem niedawno przy Świętym Marcinie 49 galeria Artel czy działająca na tym samym podwórzu inicjatywa DOMIE.

Natomiast jeśli chodzi o poezję, to rzeczywiście utarło się, że Poznań jest bardzo aktywnym pod tym względem miastem. Niewątpliwie spora w tym zasługa Wielkopolskiej Biblioteki Poezji oraz Mariusza Grzebalskiego, który nadał tej serii określony kształt. Nie bez znaczenia jest też poetyckie biennale, Poznań Poetów kuratorowany przez profesora Piotra Śliwińskiego. Od wielu lat tego rodzaju działania budują wizerunek miasta aktywnego literacko.

 

Jak wygląda proces wydawniczy w Disastra Publishing?

Marcin Czerkasow, „Przede wszystkim zniszczenia”, Disastra Publishing, Poznań 2014. Nakład: 150 egzemplarzy, oprawa: twarda, płócienna.

Proces wydawniczy brzmi dla mnie niezwykle oficjalnie. W rzeczywistości prowadzimy z Kubą po prostu jedną długą, niekończącą się rozmowę o tym, co nas interesuje i podczas której zastanawiamy się, jak umożliwić dostęp do tych tematów również innym ludziom.

Najczęściej spotykamy się, dyskutujemy, a następnie przerzucamy się dziesiątkami maili w sprawach zagadnień sięgających od polityki współczesnych mocarstw, przez cyberbezpieczeństwo, światowy terroryzm, zagadkowe napady na banki, historie nierozwiązanych morderstw, sztukę współczesną, eseje na tak dziwne tematy, jak subkultura łaskotek, aż po tak oczywiste sprawy, do których należy nieunikniony upadek doktryny neoliberalnej.

Przy okazji rozmawiamy, rzecz jasna, także o książkach, wyszperanych, przeczytanych niedawno lub gdzieś w okresie osiągania dojrzałości płciowej czy podesłanych nam przez kogoś w ramach wydawniczej zanęty.

Ten teoretyczny etap naszej działalności ciągnie się zwykle miesiącami, lecz w tle zaczyna kiełkować już jakiś pomysł. Obecnie pomysłów mamy na jakieś kolejne piętnaście lat działalności, zobaczymy, ile z tego uda nam się zrealizować.

Pewnym nieco uciążliwym drobiazgiem jest niestety konieczność poszukiwania środków na sfinansowanie tych wszystkich konceptów. Niemniej kiedy wreszcie uda nam się zebrać pewną sumę, przechodzimy zazwyczaj od razu do działania. Reszta jest zupełnie techniczną sprawą: kosztorysowanie, redakcja lub przekład i redakcja, kolejne rozmowy, niekończące się debaty dotyczące wyboru papierów i charakteru oprawy.

Wreszcie nadchodzi moment, w którym siadam do biurka i zaczynam to wszystko projektować, Kuba natomiast obmyśla strategie promocyjne i różne, często niezwykle kreatywne sposoby na uproszczenie tego, co sam skomplikowałem.

 

Nie kusi pana, aby obok książek niszowych wydawać również komercyjne tytuły?

Dotychczas wydaliśmy trzy książki, dwie kolejne są już w stadium zaawansowanych przygotowań, następne czekają na wstępne opracowanie. Ogólna rama tego przedsięwzięcia jest dość szeroka, dlatego z miejsca, w którym się znajdujemy, prowadząc tę rozmowę, raczej nie uda mi się wskazać wszystkich punktów orientacyjnych.

W tym momencie funkcjonujemy jako fundacja non profit, stworzyliśmy coś w rodzaju zamkniętego obiegu – zgodnie z naszym statutem wszelkie środki uzyskane ze sprzedaży książek przeznaczamy wyłącznie na wydawanie kolejnych książek.

 

Wydajemy książki, które sami chcielibyśmy czytać lub które – według naszej opinii – mogą zasiać choćby odrobinę promieniotwórczego fermentu.

Przywołując Eda Ruschę, można powiedzieć, że interesują nas rzeczy, które są interesujące. Zresztą pytanie o „komercyjny” charakter zawsze jest nieco kłopotliwe. O ile wszyscy w miarę rozumiemy, co może oznaczać literatura komercyjna, o tyle sam sens tego pytania ulega zaburzeniu z uwagi na inne kwestie.

Marcin Czerkasow, fot. Mariusz Forecki

Świetnym przykładem problemu z tak postawionym pytaniem jest historia „Wojny polsko-ruskiej” Doroty Masłowskiej, która jako dziewiętnastoletnia debiutantka ze swoim rewolucyjnym językiem właściwie nie poruszała się nawet w pobliżu hipotezy przyszłego sukcesu, a jednak stało się inaczej. Książka odniosła ogromny sukces. Niszowe wydawnictwo, trudny materiał i strzał w dziesiątkę.

Myślenie w kategoriach ściśle skomercjalizowanego, programowego działania zakładałoby, że w rzeczywistości jego istotą jest praca z kapitałem. My natomiast pracujemy z tekstami i obrazami, które „jak gdyby przypadkiem” kapitałowi starają się stawiać opór lub przynajmniej częściowo wywracają do góry nogami warunki możliwości własnej kapitalizacji.

„Komercyjny” model języka starannie uważa, aby nie przekroczyć zaklętej linii podziału między przystępnością a niezrozumiałością, przymusem kapitalizacji a działaniem wbrew rynkowej logice. W tym modelu język nie rozwija się, lecz zmierza do nieustannej kompresji, aby w żaden sposób nie zaburzać przepływu kapitału. Istotne są wysokie nakłady, klarowność oraz logistyka redystrybucji prowadząca do sumarycznego zestawienia zysków, które pośrednio czerpane są kosztem znaczenia nieprzekraczającego żadnej ryzykownej granicy.

Wydawanie z myślą o kapitalizacji to zatem również pułapka o charakterze językowym, skreślenie możliwości języka do poszukiwania form na jakichś potencjalnych bezdrożach. Działania tego rodzaju po prostu nie leżą w polu naszych zainteresowań. Oczywiście chcielibyśmy, aby wydawane przez nas książki trafiały do jak najszerszego grona odbiorców. Jednak istotny jest tutaj ten czynnik ryzyka.

 

Profesor Piotr Śliwiński nazwał pana „wydawcą totalnym”, który jest także autorem przekładów, odpowiada za skład książek, grafiki, okładki… Gdzie w tym wszystkim jest miejsce na pana poezję?

Fot. Disastra Publishing

Mimo upływu lat wciąż bawi to chyba tylko mnie: nigdy nie zadeklarowałem się i nigdy nie definiowałem się jako poeta. Tak naprawdę interesuje mnie przede wszystkim pisanie jako takie, jako ludzka aktywność, której w niczym nie ustępuje wiązanie butów, koszenie trawników, stolarstwo czy naprawianie samochodów. Z tą różnicą, że o tym wszystkim również można napisać.

Innymi słowy: interesuje mnie praca fikcji, fikcja i sama praca. Pisanie wierszy, esejów czy notek o autorach traktuję jako ten sam rodzaj pracy, którym jest również redagowanie, projektowanie czy manualne wykonywanie książek. Wydawanie książek to interesujący aspekt ogólnego procesu redystrybucji znaczeń.

W galaktycznej perspektywie, w jakiej ustawił nas wynalazek Gutenberga, tekst zaczął funkcjonować jako powszechny system transportu dla wyobraźni, również tej politycznej, o czym niestety rzadko się wspomina.

Autorki i autorzy książek, redaktorzy i redaktorki, tłumaczki i tłumacze, wydawcy i wydawczynie to w zasadzie ekipa tej samej firmy przewozowej, choć każde z nich spełnia swoją funkcję na nieco innym odcinku. Ja po prostu nie lubię bezczynnie tkwić w miejscu, więc ciągle biegam między różnymi stanowiskami, żeby nie zasnąć.

 

Czym spojrzenie poety i spojrzenie wydawcy na rodzimy rynek książki różną się od siebie?

W nawiązaniu do poprzedniego pytania musiałbym odpowiedzieć, że nie zauważam różnicy między poezją a działalnością wydawniczą, nie wiem zatem, jak wydzielić te dwa osobne punkty widzenia. Nie rozważam tych kwestii także w perspektywie rynkowej. Myślę, że tak zwany rynek to bardzo nieprzyjemna metonimia skrywająca uogólnioną figurę czytelniczek i czytelników, która sprawia, że zaczynamy monetyzować problemy związane z samym aktem lektury.

Oczywiście to całkiem niedorzeczne postawienie sprawy, ale być może takiej odpowiedzi udziela właśnie domniemany poeta. I na tym etapie mógłbym po prostu zniknąć z uśmiechem kota z Cheshire.

Mówiąc jednak bardziej do rzeczy, nie jestem i nigdy nie będę biznesmenem, choć oczywiście zauważam kwestie, które w znaczący sposób utrudniają funkcjonowanie małych wydawnictw. Jedną z takich niezwykle palących kwestii jest oczywiście dystrybucja.

Wydawnictwo, które jak nasze publikuje tytuły w niezwykle małych nakładach, ma oczywisty problem, by książki znalazły się na półkach księgarń. Choć zdarza się, jak miało to miejsce w przypadku książki Zuzanny Bartoszek, że księgarze z różnych części kraju sami zwracają się do nas z propozycją przyjęcia paru egzemplarzy, bez stosowania całego zawiłego systemu zamówień za pośrednictwem większych dystrybutorów.

 

Niedawno ukazał się pana przekład „Miejsce, w którym można wybuchnąć” wspomnianego Erica Paula. Co Disastra szykuje dla czytelników na przyszłość?

Kolejną zaplanowaną przez nas książką jest zbiór opowiadań (plus dramat) Adama Kaczanowskiego, pod tytułem „Czego boją się rodzice”. Znamy się z Adamem od lat, do dziś jedną z moich ulubionych książek jest jego legendarna już w tym momencie „Powieka”, szalenie cenię jego poczucie humoru, dlatego bardzo się cieszę, że spotkał nas z Kubą ten niezwykły przywilej pracy nad jego kolejną książką. Kapitalna sprawa.

Równolegle pracujemy nad książką Mateusza Sadowskiego, artysty zajmującego się wideo, fotografią i obiektami. Książka będzie dokumentować przebieg dotychczasowej pracy twórczej Mateusza. Czeka nas przy niej jeszcze sporo pracy, to duże wyzwanie, zwłaszcza z uwagi na sam druk.

Planujemy także publikację bardzo ciekawego debiutu autora z Krakowa, Krzysztofa Pietrali. Z fragmentami jego książki można się zapoznać na stronach Małego Formatu. Jest to bardzo interesująca i zaskakująca, również pod względami formalnymi, proza.

 

Na koniec proszę zdradzić, co pan teraz czyta.

Marcin Czerkasow

Marcin Czerkasow, fot. Mariusz Forecki

Zazwyczaj czytam kilka rzeczy naraz. W tej chwili, rano, czytam powieść Alexa Cecchettiego „Tamam Shud”, historię opowiadaną z perspektywy zwłok usiłujących wyjaśnić okoliczności swojej śmierci. Jest to powieść napisana przez artystę w wyniku pobytu w Zamku Ujazdowskim, gdzie prezentował swoje performanse oraz wystawę pod tym samym tytułem. Splata się tam perska poezja z dość nietypowym wątkiem dochodzenia. Bardzo lubię takie nieoczywiste wycieczki w stronę powieści detektywistycznej.

W pracy czytam w tej chwili książkę Krzysztofa Pijarskiego „(Po)nowoczesne losy obrazów”, poświęconą twórczości Thomasa Strutha i Allana Sekuli. Pracuję w Bibliotece Katedry Fotografii Uniwersytetu Artystycznego, zatem całkiem sporo tam czytam i oglądam, aby w razie czego być przygotowanym na dociekliwość odwiedzających mnie studentów (nawiasem mówiąc, biblioteka otwarta jest dla wszystkich zainteresowanych, również tych, którzy nigdy fotografii nie studiowali, serdecznie zapraszam).

Wieczorami natomiast czytam teraz na okrągło książkę Adama Kaczanowskiego lub różne wiersze, do których lubię wracać. Ostatnio wróciłem też na chwilę do Audena i Brodskiego.

MARCIN CZERKASOW – autor książek „Fałszywe zaproszenia” (WBPiCAK 2008) oraz „Przede wszystkim zniszczenia” (Disastra Publishing 2014). Jego teksty krytyczne, szkice i wiersze ukazywały się na łamach takich periodyków, jak: „FA-art”, „Pro Arte”, „Topos”, „Akant”, „Arte-Fakt”, „Nowy Wiek”, „Portret”, „Witryna Czasopism”, „Odra”, „Obieg”, „Magazyn Punkt” (Galeria Miejska Arsenał, Poznań) oraz Dwutygodnik.com. W latach 2005–2007 redagował zin literacki „Blitz”. Jest założycielem oficyny wydawniczej Disastra Publishing. Mieszka w Poznaniu.

CZYTAJ TAKŻE: Twarze literatury: Marcin

CZYTAJ TAKŻE: Książki nie znają granic administracyjnych. Rozmowa z Jakubem Kozłowskim 

CZYTAJ TAKŻE: Szansa na sukces. Rozmowa z Wiolettą Tomaszewską z wydawnictwa Psychoskok