fot. Mariusz Forecki

Dragon Social Club, czyli smok zionący kulturą

„Zbudowaliśmy tu „dom”, w którym oczywiście panują pewne zwyczaje i zasady. To jednak jedyne kryteria wstępu do Dragona, uszanuj je i tyle. Rozpiętość wiekowa, zawodowa, status społeczny, poglądy polityczne czy pochodzenie nie mają znaczenia” – mówi Maciej Krych, współwłaściciel poznańskiego Dragon Social Club.

SEBASTIAN GABRYEL: „Tam, gdzie muzyk jazzowy spotyka się z malarzem, a informatyk zerka lubieżnie na gibkie ciało tancerki, gdzie plastyk wypija po północy smutnego Lecha, a socjolog z urzędniczką konsumują kolejną wiśniówkę, tam mieszka Smok” – czytamy w opisie działalności waszego klubu, który od lat jest jedną z najważniejszych miejscówek na kulturalnej mapie Poznania. Od czego zaczęła się historia panowania Smoka na Zamkowej?

MACIEJ KRYCH: Ha! „Gastronomiczna” historia tego miejsca liczy sobie już ponad wiek. Kiedy w 1881 roku na ulicy Zamkowej 3 stanęła kamienica, na parterze domu powstała robotnicza pijalnia piwa, a w czasie II wojny światowej niemiecka rodzina z Bawarii otworzyła restaurację Burghof. Mamy kontakt ze starszym panem, który raz w roku, w okolicach Wielkanocy, przyjeżdża z Niemiec. Dzięki niemu znamy kawałek tej historii, to jego rodzice prowadzili restaurację.

Kontuar barowy znajdował się dokładnie w tym samym miejscu co teraz. No, może jedynie lekko cofnięty. Zresztą, miejsce lady nie zmieniło się na przestrzeni wieku – była w tym samym miejscu w restauracji Afrikana w latach 90., w „pierwszym” Dragonie otwartym w 1999 roku, w którego piwnicach próby miał zespół Sweet Noise, w „trzecim” Dragonie [otwartym w 2004 roku – przyp. red.] chłopaków z Radia Afera, w którym, notabene, zatrudnili mnie jako barmana.

W marcu 2005 roku, dokładnie 30 marca, dowiedziałem się, że mój ówczesny szef sprzedaje swoje udziały. W nocnej rozmowie namówiłem swojego przyjaciela Mateusza Rogalę, cenionego montażystę filmowego, na wspólny zakup udziałów. Marzyliśmy wtedy o własnej tłoczni płyt winylowych, pomyśleliśmy, że to dobry początek przygody. Kto mógł wtedy przypuszczać, jak to się rozwinie i zbuduje. Szkoda tylko, że tłocznia jakoś się zgubiła.

 

„Ambient, absynt, dekadencja i urok postępującej demoralizacji” – to kolejny i chyba jeszcze bardziej znaczący fragment waszego opisu. Odnoszę wrażenie, że wasz klub to takie schronienie dla wszelkiej maści współczesnych, nonkonformistycznych dandysów. Kto najczęściej zagląda w paszczę Smoka?

W swoich założeniach nigdy nie mieliśmy tzw. „grupy docelowej”. Rzeczywiście, do Dragona przychodzą osoby bardzo barwne, jesteśmy klubem otwartym na ludzi, po prostu. Zbudowaliśmy tu „dom”, w którym oczywiście panują pewne zwyczaje i zasady. To jednak jedyne kryteria wstępu do Dragona, uszanuj je i tyle. Rozpiętość wiekowa, zawodowa, status społeczny, poglądy polityczne czy pochodzenie nie mają znaczenia. Stąd nieograniczona różnorodność naszych gości. Oczywiście, dandysi czują się doskonale w takim otoczeniu. W Dragonie nie ma jedynie tych, którzy takiej różnorodności nie lubią, choć podejrzewam, że i oni zaglądają tu czasem incognito.

 

To chyba naturalne, że pierwsze skojarzenia, jakie nasuwają mi się w kontekście działalności Dragon Social Club, to eksperyment i jazz, które zresztą w waszym przypadku często idą z sobą w parze. Jednak Smok nie tylko nimi się żywi, prawda?

Prawda – w jazz i awangardę „wpadliśmy”, myślę, że był czas, kiedy nawet za bardzo [śmiech]. Mateusz, słusznie zresztą, potrząsnął mną w tamtym czasie i znów nastawiliśmy się na ciekawość i otwartość, inne kierunki.

Dragon Social Club, fot. Mariusz Forecki

Maciej Krych, Dragon Social Club, fot. Mariusz Forecki

W Dragon Social Club jest również sporo folku, szczególnie tego „nowofalowego”, choć nie unikamy też tradycji. Co roku staramy się organizować Dragon Folk Fest – najbliższa, 10. edycja odbędzie się wiosną 2020 roku. Laureatami imprezy byli już m.in. Dzikie Jabłka, Same Suki i Polmuz, zgarniający później nagrody na prestiżowych konkursach takich jak Nowa Tradycja.



Głównym kryterium, którym staramy się kierować, jest zwyczajnie jakość. Dla nas głównym powodem organizacji koncertów zawsze będzie dobra i szczera muzyka.

W tym półroczu usłyszeliście już – lub jeszcze usłyszycie – Mikołaja Trzaskę, Kena Vandermarka, Maniuchę z japońsko-holenderskim składem, postpunkowy Spinifex, Maseckiego z Trio Jazzowym, Czerwone Świnie Demirskiego i Strzępki, gitarowe Javva, Jesień czy Lastryko. Jak widzisz, przekrój dość poważny.

 

Wspomniałeś o Dragon Folk Fest. No właśnie, wraz ze Spontaneous Music Festival to chyba jedna z najważniejszych imprez, jakie odbywają się w klubie. Z jakim przyjęciem spotykały się dotychczasowe edycje waszych minifestiwali?

To festiwale kameralne, na sto, dwieście osób, chcielibyśmy je rozwijać, „wyprowadzić” na ulice, uczynić bardziej powszechnymi. Do tego potrzebne są większe pieniądze, a do tej pory, mimo składania wielu wniosków, nie udało się pozyskać dotacji. Musicie wiedzieć, że wraz z Mateuszem, od piętnastu lat dotujemy wszystkie te wydarzenia. Na dosłownie kilku z nich być może zarobiliśmy kilkaset złotych. Dragon Folk Fest organizujemy wspólnie z wydawnictwem Na Rzekach należącym do Damiana Rogali, zaś Spontaneous Music Festival z Andrzejem Nowakiem. Bez nich, bez połączonych sił, tych festiwali by nie było.

 

Dragon Social Club to nie tylko muzyka. Często mówi się o was w kontekście innych dziedzin kultury. Jak zamierzacie rozwijać się na tym polu?

To prawda, to na pewno nie tylko muzyka. Rozwijamy bez końca współpracę międzyklubową z Benkiem i jego Meskaliną, tworzymy Jazz Ring Festival, pracujemy z PikaPika, Cacao Republika, Psem Andaluzyjskim czy warszawskim Pardon, To Tu. Wpuszczamy do siebie NGO-sy wszelkiej maści. Działamy z grupą Stonewall przy projekcie Soho na Pride Week. Od trzech lat ściśle współpracujemy również z Teatrem Polskim w Poznaniu, szczególnie przy spektaklach „Extravaganza” w reżyserii Joanny Drozdy czy „Hamlecie” Mai Kleczewskiej. Wiele nagrań realizujemy na scenie MDK. Te kierunki rozwijamy cały czas.

Dragon Social Club, fot. Mariusz Forecki

Dragon Social Club, fot. Mariusz Forecki

Dragon Social Club to również dobra kuchnia, spotkania autorskie czy miejsce do pracy. Ostatnio angażujemy się w projekty bardziej społeczne, jak Polski Plac Zabaw czy Salon Sąsiedzki na Kulturalnym Starym Rynku przy skwerze Romana Wilhelmiego. To nasze najnowsze dziecko, które rozwijamy z Estradą Poznańską.

 

Skąd decyzja o zmianie nazwy klubu z Dragon na Dragon Social Club? Niektórzy dopatrują się jakiegoś nawiązania do Anti Social Social Club – nazwy, która może kojarzyć się nie tylko ze znaną streetwearową marką, ale i pewnym, nazwijmy to, stylem bycia, w którym muzyka odgrywa sporą rolę…

Zasadniczo to nie zmiana nazwy, a potrzebne od wielu lat dopowiedzenie. Zaczerpnięte z hiszpańskich Social Clubów, czyli prywatnych domów-restauracji-barów, trochę lokalnych domów kultury, miejsc spotkań przy jedzeniu i winie. Nasza wizja klubu jako miejsca trochę zawsze zmierzała w taką stronę.

 

W Dragon Social Club zawsze wiele się dzieje. Na co zapraszacie nas w najbliższych tygodniach?

Przed nami ponad czterdzieści koncertów i innych wydarzeń, które odbędą się do końca tego roku. Polecam Spontaneous Music Festival, który będzie trwał od 3 do 6 października u nas i w Pawilonie, i który zostanie zwieńczony spektakularnym projektem Details In The Air Vadermarka, Trzaski i Górczyńskiego. Następnie folkowa Yath-Ka, Javva, Maciej Pruchniewicz z An On Bast, The End Matsa Gustafssona, Czerwone Świnie Demirskiego i Strzępki, Witek Oleszak, Tatvamasi, Ślina, Bomb. A to tak naprawdę tylko wierzchołek góry lodowej. Możecie śmiało się o nas rozbijać, zapraszamy.

 

A czego można życzyć Smokowi?

Nie mam pojęcia, zaryzykuj! [śmiech]

 

DRAGON SOCIAL CLUB – poznański klub przy ulicy Zamkowej 3. W jego wnętrzach odbywają się koncerty oraz wiele innych wydarzeń związanych zwłaszcza z muzyką awangardową, jazzową i eksperymentalną. Wielu stałych bywalców klubu uważa, że to idealne miejsce dla każdego miłośnika szeroko pojętej kultury niezależnej.

 

CZYTAJ TAKŻE: Chcemy być jak Berghain. Rozmowa z Joanną Tomczak z klubu Tama

CZYTAJ TAKŻE: Lekko, miękko i naturalnie. Rozmowa z Kasią Tontor

CZYTAJ TAKŻE: Muzyka w studni, czyli jak Polihymnia na Wildę zawędrowała