fot. Mariusz Forecki

Krokodyle w rwącej rzece

Mając fantastyczny zespół ludzi, którzy przychodzą z nowymi pomysłami, chciałoby się pofrunąć naprawdę wysoko. Jednak powodzenie różnych przedsięwzięć zależy od pracy wielu podmiotów – mówi Małgorzata Kempa, dyrektorka Estrady Poznańskiej.

SEBASTIAN GABRYEL: Budynek przy ulicy Masztalarskiej 8 to pani drugi dom?

MAŁGORZATA KEMPA: Często raczej Masztalarska 8 przybywa do mojego domu, przynoszę ją całą w głowie… Ten budynek jest sercem Estrady, dodam, że ostatnio przygotowywanym do poważnej operacji, czyli modernizacji, dzięki której stanie się nowoczesnym miejscem dostosowanym do realizacji naszych pomysłów. Wracając do koncepcji domu, to w przypadku Estrady Poznańskiej możemy pochwalić się pokaźną rezydencją: wszak nasza instytucja to nie tylko główna siedziba.

 

Znajduje się pani na półmetku swojego dyrektorowania Estradą Poznańską. Nie żałuje pani, że weszła do tej rwącej rzeki? Uciekam się do tej metafory, ponieważ nie jest tajemnicą, że kierowanie instytucjami kulturalnymi w Polsce najczęściej oznacza krew, pot i łzy…

Nie żałuję ani trochę, choć w tej, jak pan mówi, rwącej rzece, zdarzają się krokodyle. Oczywiście, wizje snute w głowie jeszcze przed konkursem na to stanowisko uległy weryfikacji w zetknięciu z codziennością. Debiutująca dyrektorka wyobraża sobie wielkie realizacje, nieskończone kreowanie i działanie w wyłącznie miłej kulturalnej materii. Tymczasem budzi ją dręczące pytanie: czy wszystkie gaśnice są po przeglądzie?

 

Być może zgodzi się pani ze mną, że „zarządzanie kulturą” brzmi trochę jak oksymoron. To materia dość nieokiełznana, spontaniczna, bazującą na emocjach… Co pani zdaniem jest w tym najtrudniejszego?

Pieniądze. Te na działanie i te na wynagrodzenia. Mając fantastyczny zespół ludzi, którzy przychodzą z nowymi pomysłami, chciałoby się pofrunąć naprawdę wysoko. Druga trudność to koordynacja i sieciowanie: by nasze wizje mogły być wcielone w życie, często trzeba wielu spotkań, starań i rozmów, bo powodzenie różnych przedsięwzięć zależy od pracy wielu podmiotów.

 

Często chodzi pani do kina?

Chciałabym częściej.

 

Pytam, bo już niedługo Estrada Poznańska stanie przed kolejnym wyzwaniem, przejmując Kino Muza. Jak będzie wyglądać jego funkcjonowanie, kiedy znajdzie się w waszych rękach? Będzie wam na nie patrzeć wielu poznaniaków [śmiech]…

Małgorzata Kempa – dyrektor Estrady Poznańskiej 

Śmieje się pan, to teraz ja się uśmiechnę i uniosę brew – przecież Kino Muza od 10 lat jest częścią Estrady! To pytanie pokazuje, że chyba nie każdy poznaniak to wie. Na pewno łatwiej o to utożsamianie teraz, kiedy trwa remont kina przy Świętym Marcinie i Muza od czerwca pokazuje filmy przy Masztalarskiej. Już w kwietniu planujemy jednak powrót kina w nowej odsłonie. Swoją drogą szkoda mi będzie, że zgrana ekipa Muzy opuści budynek Estrady i nie będzie codziennych seansów i spotkań. Cały czas zastanawiam się, jak tę kinową cząstkę zostawić w naszej siedzibie. Choć przecież tutaj świat filmowy jest na stałe – w końcu Międzynarodowy Festiwal Filmów Animowanych „Animator” to znana marka i nasza duma.

 

Wydaje się, że najstarsze kino w mieście zasługuje na szczególne traktowanie. Warto obchodzić się z nim po królewsku, nie tylko z szacunku do historii miasta, ale przede wszystkim z myślą o widzach, którzy niestety wciąż okupują przede wszystkim multipleksy. Ta tendencja będzie już tylko postępować?

Nie wyobrażam sobie, że kina studyjne znikną, zresztą frekwencja Muzy pokazuje, że widzowie nas potrzebują. To prawda, kino zasługuje na królewskie traktowanie, nie tylko dlatego, że właśnie obchodzimy 110 lat jego istnienia. Wspomniane nowe otwarcie w kwietniu pokaże, mam nadzieję, jak połączyć dobry repertuar, wyjątkową atmosferę i klimat z wygodą i dostosowaniem do potrzeb wszystkich widzów, również tych z niepełnosprawnościami. Muza zyska nie tylko nowy wygląd, ale też dwie dodatkowe sale na piętrze, dzięki którym będziemy mogli poszerzyć repertuar i wykorzystamy przestrzenie na realizację kolejnych pomysłów. Wypięknieje elewacja budynku, staramy się przywrócić jej świetność. To spory projekt, w którym udało się połączyć działania wielu podmiotów związanych z naszym miastem. Z niemałą ekscytacją czekamy na wielkie otwarcie.

Estrada Poznańska zarządza wydarzeniami kulturalnymi na Starym Rynku i placu Wolności. Pani zdaniem to miejsca z wciąż nie do końca wykorzystanym potencjałem?

To salony Poznania, chyba każdy oczekuje szczególnego ich traktowania. Z całą pewnością możliwości są tu ogromne. Zarządzamy przede wszystkim tymi przestrzeniami – i może to budzić zdziwienie, że artystyczna instytucja kultury, jaką jest Estrada, dba też o czyszczenie fontann, remonty kostki brukowej i sprzątanie. Obok tych koniecznych zadań „twardych” coraz bardziej skupiamy się na realizacji autorskich projektów związanych z animacją tych przestrzeni. Zapraszamy do współpracy inne instytucje, wspieramy organizacje pozarządowe, które pragną realizować swoje projekty w tych przestrzeniach.

 

Cieszy mnie, że jesteśmy częścią takich wydarzeń jak Betlejem Poznańskie. Diabelski młyn na placu Wolności stał się już symbolem przedświątecznego Poznania.

Uczestniczyliśmy w tworzeniu Parku Kulturowego, koleżanki zajmujące się tymi przestrzeniami wniosły też bardzo dużo do koncepcji rewitalizacji płyty Starego Rynku.

 

Młodzież żartuje, że „Poznań to miasto doznań”. Kultury również? Niektórzy twierdzą, że w odróżnieniu od reszty największych miast w Polsce w Poznaniu sezon ogórkowy trwa przez cały rok [śmiech].

Zależy, w jaki sposób postrzegane jest owo „dzianie się”. Oczywiście, możemy zorganizować wielką imprezę sylwestrową pokazywaną w telewizji czy koncert, który pochłonie połowę naszego rocznego budżetu. Estrada jednak, działając w przestrzeni Poznania, stawia na organiczność i pracę u podstaw. Przykładem jest jeżycki Dom Tramwajarza, którym zarządzamy – dzięki pracy naszego zespołu jego oferta to kilkadziesiąt wydarzeń każdego miesiąca. Drugim przykładem jest projekt „Lato z Estradą” realizowany przez nas już od dwóch lat. Wpisuje się to w naszą rozrywkową misję – chcemy, by dzięki naszej działalności na co dzień poznaniacy mieli lepsze życie.

 

Co chciałaby pani zrobić dla Estrady do końca swojej kadencji?

Zakończyć remonty i oczywiście rozpocząć nowe [śmiech]. Bez dobrych warunków do funkcjonowania określenie „zarządzanie kulturą” jest rzeczywiście oksymoronem. Jeszcze za mojej kadencji rozstrzygnie się ogłoszony niedawno konkurs architektoniczny dotyczący modernizacji naszej głównej siedziby, którego celem jest opracowanie koncepcji „Nowej Masztalarskiej”. Dzięki temu m.in. Scena na Piętrze będzie mogła stać się miejscem, w którym będziemy realizować nasze marzenia.

Na pewno w planach jest nowy, autorski festiwal, jedyny taki w kraju, i dalsze rozwijanie „Animatora” oraz wszystkich działań związanych z filmem.

 

Moim oczkiem w głowie jest działanie w miejscach, gdzie kultura nie dociera na co dzień.

To budujące, kiedy mieszkańcy Antoninka czy Świerczewa przychodzą na nasze wydarzenia, bo już kojarzą pewną cykliczność. Postaramy się, by animowanie kultury rozszerzało się z każdym rokiem na kolejne dzielnice oddalone od centrum, a między blokami odbywały letnie potańcówki.

Wracając zaś do głównej siedziby Estrady, już od dłuższego czasu we współpracy z naszymi sąsiadami staramy się o stworzenie kulturalnego fyrtla przy Masztalarskiej, gdzie pod bacznym okiem Klemensa Janickiego z jednej, a Romana Wilhelmiego z drugiej strony zaprosimy na wydarzenia nie tylko mieszkańców Starego Miasta.

 

CZYTAJ TAKŻE: Chcę być niedookreślona. Rozmowa z Evą Navrot

CZYTAJ TAKŻE: Wena moja powszednia. Rozmowa z Pauliną Frąckowiak

CZYTAJ TAKŻE: Muzyka bezcenna w Wielkopolsce #5