fot. Maria Krześlak-Kandziora

Osowa Góra. Torami nad jeziora

Trudno się dziwić, że wycieczki na Osową Górę były popularne. Na wyciągnięcie ręki poznaniacy mieli (i mają) trasę wiodącą od jeziora do jeziora. Teren jest charakterystycznie pagórkowaty, zmysły się nie nudzą.

„Jazda koleją z Dworca Głównego w Poznaniu nie trwała długo – 44 minuty. Po drodze widzieliśmy przez okno sosnowe bory w Puszczykowie i wysokie, gliniaste moreny w Pożegowie, a w końcu zatrzymał się pociąg pośrodku Wielkopolskiego Parku Narodowego, przy stacji w Osowej Górze. Zaczynamy od poznawania najbardziej typowych i urozmaiconych okolic, a że jest początek maja i słońce przygrzewa, widzimy, że otacza nas wczesna wiosenna roślinność: na gwałt pękają pączki drzew i zakwitają pierwsze wiosenne kwiaty”.

Jan Sokołowski „W Wielkopolskim Parku Narodowym” (Państwowe Zakłady Wydawnictw Szkolnych, Warszawa 1960)

PEŁNO ŻYCIA

Przez dwa dni wiał wiatr. Taki, że do lasu nie poszliśmy, w ogrodzie łamały się gałęzie, a kosy śpiewały dopiero pod wieczór, gdy wiatr cichł. Końcówka weekendu. Niedziela chłodna, poranek słoneczny i tylko trochę dmucha. Idziemy z Puszczykówka ulicą Dworcową w kierunku Mosiny, ulicy Chopina. Do Pożegowskiej docieramy wzdłuż szosy 440. Tu kiedyś była cegielnia, a po lewej straszą nagle opuszczone i zrujnowane ogródki działkowe. Podobno ktoś sobie przypomniał, że ten teren należy do niego. Teraz czeka na dewelopera?

Są i tory. Przy dawnej stacji Mosina Pożegowo mijamy mały garaż, w którym stoją uśpione przed sezonem drezyny Mosińskiej Kolei Drezynowej, i wędrujemy dalej po betonowych i drewnianych podkładach. W tunelu z krzewów, kilku dzikich jabłoni i coraz wyższych drzew pełno jest życia. Ptasia drobnica zasiedla wszystko, co niskie i na tyle splątane, że można się skryć przez jastrzębiem i ludźmi.

To tędy jechał profesor Sokołowski. Pociąg wyruszał z Poznania Głównego i wiózł poznaniaków aż na stację Osowa Góra.

 

Dzisiaj o tory dbają pasjonaci, którzy w letnie miesiące wożą drezynami turystów i opowiadają im o dawnych czasach. O stoku narciarskim, o restauracjach, o cegielni.

ZMYSŁY SIĘ NIE NUDZĄ

fot. Maria Krześlak-Kandziora

Jest początek marca i najbardziej zieleni się w lesie mech – na szynach, na drzewach, na pieńkach, na wiatrołomach. Z lewej strony wyłania się skrawek Jeziora Budzyńskiego, z lasu wylatuje myszołów. Chodzenie po nieczynnych torach to dziwne uczucie. Zwłaszcza kiedy wiemy, że parędziesiąt lat temu przyjeżdżali tu na spacery nasi rodzice.

Myślę obrazkami jak ze starego filmu – jest ciepło, świeci słońce, ludzie niosą jedzenie i termosy. Las puchnie od ptasiego gwaru, ścieżki od weekendowych turystów. W jakiejś knajpie wszystkie stoliki zajęte.

 

Tuż przed wejściem na peron płoszymy kilka dzików. Popatrują na nas i odbiegają truchtem, znikając w pofalowanym terenie.

fot. Maria Krześlak-Kandziora

Główną atrakcją wędrowania tą trasą kolejową jest spokój. Dopiero na stacji spotykamy rowerzystów i ciekawskich zaglądających do zrujnowanych budynków. To najpiękniejsze zjawisko na świecie – stacja powoli pochłaniana przez przyrodę. Tak jakby na potwierdzenie śmieje się dzięcioł zielony, jest blisko, za chwilę przelatuje charakterystycznym ślizgiem nad budyneczkiem poczekalni i znika między drzewami. Słychać gila, dwie różowe kule przysiadły na gałęzi nad peronem. Pociąg o piętnastej trzydzieści nie zabierze nas stąd, idziemy dalej.

 

Turyści z peronu wdrapywali się na skarpę i po chwili stawali nad Jeziorem Kociołek. Niewielkie, ale urokliwe – profesorowi Sokołowskiemu kojarzyło się z głębokimi jeziorami tatrzańskimi.

Trudno się dziwić, że wycieczki na Osową Górę były popularne. Na wyciągnięcie ręki poznaniacy mieli (i mają) trasę wiodącą od jeziora do jeziora. Teren jest charakterystycznie pagórkowaty, zmysły się nie nudzą. Noga za nogą docieramy do Jeziora Góreckiego. Po skrawku Budzyńskiego i oczkowatym Kociołku Jezioro Góreckie daje oddech. Wypuszczamy wzrok, który zatrzymuje się dopiero na wyspie.

 

„Jednakże abyś przypadkiem nie doznał rozczarowania, muszę już naprzód zaznaczyć, że w Wielkopolskim Parku Narodowym zobaczymy tylko te gatunki roślin i zwierząt, które zachowały się nad jeziorami i w lasach na niżu środkowej i zachodniej Polski. Nie ma tutaj zatem takich skarbów fauny, jakimi są np. żubry i rysie w Białowieży lub kozice, świstaki, pomurniki i pluszcze w Tatrach. Nie ma również łabędzi i kormoranów, spotykanych na Mazurach”.

Jan Sokołowski „W Wielkopolskim Parku Narodowym” (Państwowe Zakłady Wydawnictw Szkolnych, Warszawa 1960)

CZUŁA UWAŻNOŚĆ

fot. Maria Krześlak-Kandziora

Sokołowski by się zdziwił. Wyspę na Jeziorze Góreckim skolonizowały kormorany. Z daleka widać, że część drzew ma jasny kolor kormoraniego guana. Łabędzie też się pojawiają. Gdy idziemy ścieżką wzdłuż jeziora, właśnie dwa białe znaki zapytania wypływają na środek jeziora. Docieramy do dawnej plaży. Od dobrych paru lat Jezioro Góreckie jest pod ścisłą ochroną. Ja uczyłam się w nim pływać i lepiłam pierwsze babki, wyciągając materiał z gliniastego dna. Fanatyczka ciszy i bezludzia – do dzisiaj mam przed oczami tłumy plażowiczów. Potem akwen objęto ochroną, a tłumy przeniosły się nad Jezioro Jarosławieckie.

Dlaczego opowiadam tak nudną historię, prowadzę tak oczywistym szlakiem? Być może dlatego, że cały czas tu wracam. Bo to krajobraz mojego dzieciństwa. Odkąd znalazłam książkę Jana Sokołowskiego „W Wielkopolskim Parku Narodowym”, wędruję z profesorem jego ścieżkami i próbuję spojrzeć na znane mi drzewa, szlaki, jeziora jego oczami. Zobaczyć, jak przyroda się zmieniła. Ale też pochylać się nad wszystkim, co pełza, skacze, kwitnie, biegnie po ścieżkach.

 

Kiedy zrobi się cieplej, znów tu będę z nosem przy ziemi szukać padalca, geotrupesa (zwanego krówką lub gnojarzem), motyli podobnych do liści, chrząszczy.

fot. Maria Krześlak-Kandziora

Wpadnę z lornetką, by zobaczyć, co słychać u kormoranów. Bo tego świetnie Sokołowski uczył – czułej uważności i miłości do przyrody takiej, jaką mamy po sąsiedzku, nie wyjeżdżając daleko.

Znad Jeziora Góreckiego schodzimy, przecinając parking trasą wiodącą przez Rezerwat Pojniki do Puszczykowa. Cała nasza wycieczka trwała dobrych kilka godzin. Można ją znacznie skrócić, podjeżdżając samochodem. Trasa wiedzie słynną Grajzerówką. Pięćset metrów od siedziby parku jest parking. Tuż przy nim zejście nad Jezioro Góreckie.

Spacer do stacji Osowa Góra zajmie około godziny. Albo dwie, albo trzy – jeśli nie będziecie się spieszyć. Zabierzcie kanapki i termos. I uważajcie – w piękne, słoneczne niedziele jest w lesie tłok. Jak na miejskim deptaku. Poznaniacy nadal tu przyjeżdżają. Zmienił się tylko środek transportu. Chyba nie na lepsze.

Za historię o cegielni, z której cegły trafiły na poznańską Cytadelę, i za wszystkie wycieczki drezynami na Osową Górę dziękuję Mateuszowi, który trzyma w głowie dużo dobrych opowieści.

 

CZYTAJ TAKŻE: Od Puszczy do „Puszczy”. Tropem zimy

CZYTAJ TAKŻE: Szlakiem dębów i ptaków

CZYTAJ TAKŻE: Zachwyt na szlaku