fot. Daria Mielcarzewicz

Płetwą w jeziorze, palcem po mapie

Gdy popatrzeć na mapę Wielkopolski, jest tu naprawdę sporo niebieskich plam. Daria od jakiegoś czasu te plamy eksploruje. Zakłada płetwy i przepływa jeziora.

Gdy spytacie ją, co to jest rzepak, odpowie, że „wiejski agregat słońcotwórczy”. Daria jest graficzką, społeczniczką, prowadzi w Poznaniu Sklep z Cytatami. Projektuje pocztówki, czasem etykiety piwne czy zaangażowane napisy na koszulki. Piękny człowiek, pięknie żyje i na dodatek kocha jeziora. Gdy pisze do mnie, żebyśmy na drugi dzień wyskoczyły popływać o świcie, jestem rozbawiona i pełna sceptycyzmu. Bo Daria nie wstaje o świcie. „Zobaczysz, dam radę” – mówi.

STAW W UZARZEWIE

Dzień się dopiero rodzi, a my wyjeżdżamy z Poznania. Nad jezioro w Uzarzewie przybywamy przed szóstą, do wody wchodzimy o szóstej. Tu nie ma kąpieliska, jest przepiękny kawałek łąki i droga wybrukowana kamieniami, jak na wieś szlachecką przystało.

 

Nad brzegiem jeziora rośnie olbrzymia topola. Przez pachnące chęchy, wąską dróżką docieramy do maleńkiej dziury w trzcinowisku – brzeg łagodnie schodzi ku tafli.

Z wody świat jest trochę inny. Tuż nad moją głową kursuje kos niosący pokarm młodym, czekającym gdzieś na drugim brzegu. Jezioro jest malutkie jak staw, jakby rzeka Cybina postanowiła się tu na chwilę rozsiąść, zanim popłynie dalej. Nie ma nikogo, tylko białe krzesła przytaszczone przez rybaków świecą w słońcu. Zaspana, ale czujna, nasłuchuję ptasiej obecności. Na drugim brzegu odzywa się wilga, a to już połowa lipca. Jeszcze słychać pierwiosnka. Nad jeziorem przez moment kołuje błotniak stawowy. Cisza.

Daria Mielcarzewicz, Uzarzewo. Fot. Maria Krześlak-Kandziora

 

„W miłości do jezior bardzo chodzi o samą wodę. Zanurzenie się w spokojnej wodzie i widok otwartej przestrzeni wodnej to coś, co karmi oczy i ciało, ładuje akumulatory, leczy rany, koi ducha. A położenie się w bezruchu na plecach, latem, na tafli jeziora to najpiękniejsze uczucie świata. Myślę, że zbliżone do jakichś pierwotnych wspomnień z łona matki, prawdziwy kosmos, zresztą skojarzenie ze stanem nieważkości nie jest przypadkowe” – odpisuje Daria na moje mailowe pytanie  „co ci to daje, po co pływasz?”.

MIĘDZY CYKORIĄ A NAWŁOCIĄ

Na łące, absurdalnie ozdobionej boiskiem do siatkówki, czekamy, aż słońce rozgrzeje nam stopy i wysuszy włosy. Zaraz musimy jechać do pracy, ale tymczasem termos, gorące kakao, kawa.

Cykoria podróżnik, Uzarzewo, fot. Maria Krześlak-Kandziora

 

Łąka jest idealna, zarośnięta wszystkim, czego jeszcze nie potrafię nazwać. Dopiero się uczę – tam „na niebiesko” to cykoria podróżnik, żółta wiecha to nawłoć pospolita, w trzcinach wypatrzyłam kosaćca żółtego.

Za to błyskawicznie nazywam ptaka, który przysiadł na mirabelce – dzierzba gąsiorek. Siedzimy na jej terenie lęgowym, karmi młode, jest niestrudzona. Widzę małego bandytę z przepaską na oku pierwszy raz w tym roku – długo czekałam. Uwija się wokół nas, śledzę polowanie, czatowanie i spadanie na niewidoczną dla mnie ofiarę. Cisza lipcowej łąki wypełniona jest wrzaskiem karmionych dzierzb.

Z POTRZEBY DZIKOŚCI

Zasiedlona roślinami folia, fot. Maria Krześlak-Kandziora

O moich wyprawach nad jeziora myślę właśnie tak: jeziorne peregrynacje –  pielgrzymki „w dzikie” – do świętych miejsc, czyli do wód otoczonych lasami i łąkami, w naturę. Pielgrzymki z potrzeby „dzikiego”. Można to pewnie nazwać pospoliciej, ucieczką z miasta, ale ucieczka wskazywałaby na to, że tego miasta nie lubię. A wcale tak nie jest. Lubię wracać do miasta i mieć w nim swoją bazę. Lubię te pauzy między kolejnymi wypadami. Ale uważam, że to o „dzikie” trzeba walczyć, jesteśmy to winni planecie. Zwłaszcza w obliczu zmian klimatycznych, wysychania jezior, szkodliwej działalności człowieka” – pisze Daria.

Tymczasem w Uzarzewie wrzucamy do samochodu worek pozbieranych śmieci – jest ich koszmarnie dużo. Niektóre wrosły już w krajobraz – zasiedlone roślinami, piachem, ziemią są dziwacznym elementem flory jeziora. Taszcząc torbę dzwoniącą butelkami i puszkami po kukurydzy, zastanawiamy się, jak przekonać ludzi do zabierania swoich śmieci znad wody…

PLEBANIA

U wylotu kamiennej drogi stoi stary, szachulcowy kościół Świętego Michała Archanioła i zarośnięta dzikim winem i pokrzywami magiczna, opuszczona plebania. Za plebanią pole, łąka, sarna i żurawie. Gdy odjeżdżamy, żegna nas klangor. Do Uzarzewa na spacer można przyjechać rowerem albo autobusem. Przystanek jest tuż pod kościołem.

NA CAŁYCH JEZIORACH JA

Gdy popatrzeć na mapę Wielkopolski, jest tu naprawdę sporo niebieskich plam. Daria od jakiegoś czasu te plamy eksploruje. Zakłada płetwy i przepływa jeziora.

Fot. Maria Krześlak-Kandziora

Była już w Jeziorze Kórnickim, które wspomina z lekkim smutkiem – minęła się w nim ze śniętymi rybami. Czasem nie zaryzykuje kąpieli ze względu na kwitnące „coś” lub potwierdzone informacje o zanieczyszczeniu.

Pływała w Rusałce i w Jeziorze Chomęcickim, Bytyńskim, Chrzypskim, Lusowskim, Swarzędzkim – do tego ostatniego raczej nie wróci ze względu na jakość wody. Odpuściła też Kierskie Małe, „jest okropnie brudne” – mówi. Próbując dotrzeć do Glinowieckiego, uświadomiła sobie, że musiałaby wedrzeć się na teren poligonu… Najbardziej lubi akweny bez infrastruktury, w lesie, z łąką, wśród przyrody. Gdy pytam o ulubione, wracamy do Uzarzewa.

 

„Piękne jest też jezioro Góra i Powidzkie, Lednickie, Chomęcice-Wypalanki, lubię też Strzeszynek, nie wiem dlaczego, ale gdy wypłynę na środek, jestem sama z jeziorem, zapominam o tłumach na brzegu, grillach, hałasie” – przypomina sobie.

MAPA

W drugim roku pływania Daria zrobiła wreszcie mapę, którą długo nosiła pod sercem.

 

„Bo chodzi tu o to, że ja jeżdzę sprawdzać, czy profesjonalne mapy nie kłamią. Rewiduję te wody. Upewniam się, czy naprawdę istnieją, czy są jeziorem czy rybnym stawem, czy są czyste, czy zimne, czy otoczone lasem, czy przepływają przez nie rzeki, czy koncertują tam ptaki, czy są tam dzikie plaże, czy śmiecą rybacy, czy można by tam zostać na noc i nie spotkać nikogo, czy dopłynę wpław na koniec jeziora…” – pisze na swoim blogu Dziś po raz pierwszy.

Maria Krześlak-Kandziora i Daria Mielcarzewicz, Uzarzewo. Fot. Tomasz Kandziora

Mapa powstała dzięki starej kalce. Z północnego-zachodu kończy się na Szamotułach, z północy na Skokach, z południa na Zaniemyślu, a z południowego-wschodu na Środzie Wielkopolskiej. Są na niej tylko linie, niebieskie plamy i plamki. Do końca roku Daria chciałaby odkryć jeszcze dwadzieścia jezior. „Odkrycie” oznacza wejście do wody, więc kiedy przyjdzie chłodna jesień, kończę jeziorne peregrynacje” – mówi. Patrzymy na mapę i chyba jednocześnie myślimy: „Blue Planet, Ziemia jeszcze jest niebieska, nawet ten nasz mały skrawek, ograniczony znajomymi wioskami i miastami”.

 

CZYTAJ TAKŻE: Spotkać się

CZYTAJ TAKŻE: Śladami profesora

CZYTAJ TAKŻE: W dolinie trzcin i bażantów