fot. Maria Krześlak-Kandziora

W dolinie trzcin i bażantów

Podobno obserwowanie ptaków koi zmysły. A czy może być coś lepszego od obserwowania ptaków w otoczeniu, w którym czują się one doskonale?

Dwadzieścia cztery minuty – tyle trwa jazda z Ronda Śródka na osiedlową pętlę w Swarzędzu. O piątej trzydzieści centrum Poznania żyje. Na Moście Teatralnym mijają się ludzie, podjeżdżają kolejne tramwaje. Jest ciemno, mijamy katedrę, wtaczamy się na przystanek. Przesiadka do autobusu. Na ławce śródeckiego dworca spokojnie śpi para. Obserwuję ludzi, zgaduję, kto jedzie do fabryki Volkswagena, a kto wraca z nocnej zmiany na przedmieścia.

MARIAŻ MIASTA I PRZYRODY

W Swarzędzu schodzimy w dół, ku jezioru, ale odbijamy w prawo i niemal od razu zderzamy się z gęstymi zaroślami. Po prawej stronie jeszcze domy, wzdłuż drogi ciągną się płoty, mijają nas samochody, wzniecając tumany kurzu. Mało kto dziś chodzi o poranku w takie miejsca, więc mało który kierowca odruchowo zwalnia, widząc pieszych. Jest widno, ale jeszcze szaro, wchodzimy w obszar ochronny „Natura 2000”. Z ulgą zostawiamy za sobą samochody.

 

Jesteśmy na miejscu, to Dolina Cybiny – trzciny i zarośla, mariaż bliskiego miasta i przyrody próbującej przetrwać inwazję ludzi.

Kiedy myślę o swarzędzkim odcinku Cybiny – z szerokim rozlewiskiem, trzcinami i zaroślami – mam ochotę zamknąć go w łódce złożonych dłoni. Mrużę oczy – zmieściłaby się. Podobno są plany objęcia tego terenu Parkiem Krajobrazowym Doliny Cybiny. Tymczasem z obu stron na ten jeszcze dziki teren napierają kolejne domy. Z okien musi być piękny widok. Oby jak najdłużej.

O świcie w dzień powszedni nie witają nas quady, tylko gdakanie bażanta. Jan Sokołowski pisze, że bażanta zawdzięczamy myśliwym. Został sprowadzony do Polski jako zwierzyna łowna – przewodnik Collinsa dopowiada, że stało się to pod koniec średniowiecza. Dzikie populacje można spotkać na przykład na Kaukazie. Z trzcinowiska podrywa się para, przepiękny samiec charakterystycznie gdacze (kho-kho), łopocze skrzydłami i znów zapada się w trzciny. Beczący głos towarzyszyć nam będzie przez cały spacer – bażantów musi być tu kilka, odzywają się to z jednej, to z drugiej strony.

Jest wczesny kwiecień, nie ma wilgi, nie widać też kukułki, może jeszcze do nas leci z dalekiej Afryki. W zeszłym roku oba gatunki obserwowaliśmy tu, nad Cybiną, w koronach drzew. Wilgi miały młode, kukułki się ganiały, coś miały sobie za złe. Nie słychać skrzekliwej piosenki trzcinniczka, jeszcze nie.

„Przewodnik Collinsa. Ptaki”, tekst i mapy: S. Lars, tablice i podpisy: K. Mullarney i D. Zetterström, wyd. II, Oficyna Wydawnicza Multico, Warszawa 2019

NAD ROZLEWISKIEM

Ścieżka prowadzi od trzcin do rozlewiska. Już z daleka słyszymy, że będzie tam tłoczno. Szósta trzydzieści – mewy i rybitwy budzą pół Swarzędza. Ale! Przecież najpierw szukam jego. Błądzę lornetką wśród trzcin, nie daje na siebie długo czekać – potrzos. Przypomina trochę wróbla w czarnym kapturze. Samiec buja się na szczycie trzciny, samiczka skryła się nieco niżej.

Spotykamy sikory, wróble, zza rozlewisk śmieje się dzięcioł zielony, widzimy, jak podlatuje na wysoki kikut złamanego, martwego drzewa. Wchodzimy w gęstwinę krzewów, by dojść za chwilę do sosnowego lasu. Późną wiosną i latem dróżka utonie w wysokich trawach, będziemy świt witać w kaloszach i rosie. Wokół nas słońce oświetli pajęczyny, zieleń będzie wdzierać się do oczu. Teraz jest jeszcze szaro, światło ma kolor siana, powietrze jest przydymione, ale nie ma mgieł.

Dochodzimy do lasu, powinnyśmy już wracać, ale tam, za chwilę, Cybina znów będzie strumieniem, grzech nie podejść. W lesie metalicznie odzywają się zięby, samce śpiewają jeden przez drugiego – „zit-zit-zit-zit-set-set-set-czat-cziteriidia” – taki zapis piosenki podaje przewodnik Collinsa. Światło między sosnami jest inne, powietrze jakby cieplejsze. Zatrzymujemy się nad wodą, bębni dzięcioł, tłit-tłiczą kowaliki. Czas wracać.

BARWY I DŹWIĘKI WIOSNY

Dolina Cybiny, fot. Maria Krześlak-Kandziora

Wstaje słońce, stoimy na pagórku i możemy obserwować, jak po kolei wszystko nabiera barw.

 

Woda jest coraz bardziej niebieska, trzciny obleka ciepła żółć, kos śpiewa na czubku krzewu, trznadel mieni się cytryną, cały utonął w aureoli słońca, które ma za skrzydłami.

 

Tak bardzo słychać, że świt należy do przyrody. Próbujemy się w nią wtopić, wsłuchać, otworzyć jeszcze szerzej oczy. W gęstwinie, na wysokości wzroku, uwija się pokrzewka, chyba piegża, po drugiej stronie ścieżki śpiewa dobrze ukryty rudzik. Z hałasem przelatuje stado srok, po lewej soczyście zieleni się w świeżym słońcu żyto, nad nim dryfuje kruk. Nad lasem, za rozlewiskiem krąży myszołów.

Dolina Cybiny, fot. Maria Krześlak-Kandziora

I wtedy, kiedy już naprawdę jesteśmy rozkokoszone w zadowoleniu i już nic nam do szczęścia nie potrzeba, rozlega się ono – „bardzo niskie, przypominające syrenę okrętową, sapiące, wydychane «łhump»” – zastygamy, to przecież bąk. Opis jego głosu to jeden ze smaczków zaczerpniętych z przewodnika Collinsa. Do tego dopowiedzieć trzeba, że bąk w locie to „skrzyżowanie czapli z puchaczem”. Tajemniczy mieszkaniec trzcinowisk nie lubi się pokazywać, barwa jego piór skutecznie go maskuje. Nawet nie sięgamy po lornetki, słuchamy z rozkoszą syreny okrętowej.

Śniadanie jemy już w słońcu, na ławce w połowie ścieżki edukacyjnej. Spędziłyśmy na tych kilku kilometrach około trzy godziny. Nieduży dystans, ale teren jest urozmaicony.

 

Ogarniam wzrokiem Dolinę Cybiny i myślę, że to miejsce, które powinno zostać otoczone troskliwą opieką – taką nieingerującą.

Dolina Cybiny, fot. Maria Krześlak-Kandziora

Poranna wycieczka pozwala odetchnąć, pobyć w przyrodzie, wystawić się na jej bezpośrednie działanie. Podobno obserwowanie ptaków koi zmysły. Obserwowanie ptaków w otoczeniu, w którym czują się one doskonale – czy może być coś lepszego?

Dopełniam ptasiarskiego rytuału, sięgam po lornetkę i sprawdzam, co się dzieje na lustrze wody. Jest daleko, ale mamy na nie dobry widok: są łabędzie, łyski, w gęstwinę trzcin wpływa niezidentyfikowana gęś. Chyba tam dalej nurkują trzy głowienki. Są i perkozy. Ruszamy w drogę powrotną, za godzinę będziemy w pracy. Na ulicy Swarzędzkiej żegna nas pierwiosnek. Wrócimy w maju sprawdzić, czy przyleciały wilgi.

*Nad Dolinę Cybiny kazał mi jechać Maciej. Pojechałam i ciągle wracam. Dziękuję.

MARIA KRZEŚLAK-KANDZIORA – szefowa księgarni, kocha książki i przyrodę. Założyła księgarnię Bookowski, która mieści się w CK ZAMEK w Poznaniu.

CZYTAJ TAKŻE: Plecak i literatura. Rozmowa z Dominikiem Szmajdą z wydawnictwa Sorus

CZYTAJ TAKŻE: Osowa Góra. Torami nad jeziora

CZYTAJ TAKŻE: Szlakiem dębów i ptaków