fot. Maria Krześlak-Kandziora

Spotkać się

Z Ewą Lewandowską siadamy z kubkami arabiki. Kawowy bar, ulica Mickiewicza w Poznaniu – jest upał, nagrzane tygodniowym słońcem Jeżyce oddają nam duchotę z nawiązką. Naokoło nie ma drzew, ale zanurzamy usta w kawie, a myśli wysyłamy do lasu.

Ewa, zainspirowana działaniem Barbary Zamożniewicz, autorki bloga „Wielki Zachwyt”, raz w miesiącu eksploruje przyrodę Poznania i okolic. Wyjścia odbywają się w kilkudziesięciu miejscach w całej Polsce pod hasłem „Idziemy do lasu”, a uczestniczyć w nich może każdy. Skierowane są głównie do rodzin z dziećmi, bo organizatorkami są… mamy.

PIERWSZE SPOTKANIE

Najpierw będzie o Basi. Basia Zamożniewicz pewnego dnia postanowiła zabrać swoje dzieci do lasu i pokazać im jego cuda. Zaskoczyło ją to, że dzieci weszły w relację z przyrodą naturalnie i to one były przewodnikami w tej wyprawie.

Wydawałoby się, że nie ma nic prostszego niż spakowanie małego plecaka – termos, może lornetka, koc czy mata do siedzenia, przekąski – i wyruszenie do najbliższego lasu. Okazuje się, że mamy z tym problem. Dlatego wybrałam się na pierwsze spotkanie „Idziemy do lasu”.

Mimo deszczu na poznańskich Smochowicach pojawiła się silna grupa rodzin z dzieciakami. Spędziliśmy dwie godziny na eksploracji zarośli, wędrówce po ścieżkach i wspinaczce na wykroty. Na zakończenie chwila odpoczynku nad gorącą herbatą.

Zamożniewicz pomogła zorganizować wyjścia do lasu w przedszkolu, do którego chodzi jej syn. Pisze o tym, jak wrócić do przyrody i ponownie się nią zachwycić. Radzi, jak ubrać się do lasu, jak asekurować dzieciaki przy wchodzeniu na drzewa, animuje, zachęca do spędzania każdej pory roku blisko z przyrodą – to wszystko znajdziemy na jej blogu.

„CHODZI O TO, ŻEBY IŚĆ DO LASU”

Ewa Lewandowska opowiada:

„Wychowałam się w bloku, ale moja babcia mieszkała na wsi i tam spędzałam mnóstwo czasu. Chciałabym, żeby moje dzieci miały kontakt z przyrodą. Chodzą do przedszkola «Lipowa Alejka» i tam raz w tygodniu wyprawiają się do lasu – i to właściwie przez cały rok, niezależnie od pogody. Zbierają pokrzywy na zupę, po deszczu spijają krople z liści drzew, obserwują kijanki, chodzą «po wodzie». To nie jest «leśne przedszkole», ale bardzo otwiera się na przyrodę. W naszych akcjach «Idziemy do lasu» uczestniczy wielu znajomych stamtąd. Ale nie tylko. Za każdym razem to mnie pozytywnie zaskakuje”.

Okolice Stawu Olszak, fot. Maria Krześlak-Kandziora

Wyjścia koordynuje Ewa, ale miejsca są wybierane przez kolejnych uczestników. Chodzi o to, żeby poznać przyrodę w najbliższym otoczeniu, poznać innych z „naszym kawałkiem lasu”.

W ten sposób można odkryć zieloną stronę Poznania – Szachty, Lasek Marceliński, las na Smochowicach, Strzeszynek.

Ewa się śmieje, że o niektórych miejscach nawet nie wiedziała, więc dla niej „Idziemy do lasu” to też odkrywanie miasta. Ostatnią wyprawę przygotowała Magda Garczarczyk i zaprosiła wszystkich nad staw Olszak, do użytku ekologicznego Olszak I. Przyjechało trzydzieści dziewięć osób. Zasady są proste – każdy odpowiada za siebie, zabiera termos, coś do jedzenia. Wyjścia kończy się piknikiem, zdarza się ognisko.

ZNALEŹĆ OLSZAK

Okolice Stawu Olszak, fot. Maria Krześlak-Kandziora

Żeby znaleźć Staw Olszak, zjeżdżam do lasów komunalnych za Jeziorem Maltańskim. To przedłużenie ścieżki rowerowej. W ciepłe dni i wieczory jest tam tłum. O świcie i o zmierzchu można doświadczyć trochę ciszy, ptasiego gwaru i pozachwycać się gęstwiną drzew.

Pędzę rowerem, żeby zdążyć złapać światło. Słońce chyli się ku zachodowi, nad Olszakiem cały czas jest sporo poznaniaków. Wdycham wilgotne powietrze, dotykam wielkiego jesionu klonolistnego. To pomnik przyrody, jego kora kojarzy mi się ze skórą słonia, głaszczę olbrzyma.

 

Jesteśmy pół godziny od centrum Poznania, w granicach administracyjnych miasta, chwilę od popularnego centrum joggingu, wioślarstwa i zaliczania rowerowych kółek – Jeziora Maltańskiego. A tu jest po prostu rozkoszna dżungla pełna kosów i rudzików.

Okolice Stawu Olszak, fot. Maria Krześlak-Kandziora

Wystarczy stanąć na chwilę, żeby zleciały się komary, ale wszystko rekompensuje wizg zimorodka mknącego wzdłuż Cybiny przepływającej przez staw. Robi się szaro, stoję jeszcze chwilę, gapiąc się na trzcinowiska, z łąki krzyczy bażant.

Pogryziona przez komary, opita zapachem czarnego bzu, z jednym kleszczem, zachwycona przyrodą w wersji nieprzyciętej pod linijkę, nieskoszonej, takiej pełnej, pasącej zmysły – wracam do domu.

DZIKA JAKOŚĆ

Richard Louv pisze o tym, że przyroda może działać jak antydepresant, wzmacniać odporność na stres i zmęczenie. Ma też wpływ na zacieśnianie więzi społecznych.

Pytam o to Ewę, Louva oczywiście zna, „Ostatnie dziecko lasu” to książka, która krąży wśród entuzjastów życia z przyrodą za pan brat. Mimo perspektywy amerykańskiej spostrzeżenia ogólne Louva trafiają do wszystkich „uwięzionych” wśród betonu miast. Co więc dają wspólne przygody w lesie?

Ewa opowiada:

„Dla dzieci i dla dorosłych też, ważne jest to, że są w grupie, są razem, wspólnie «dziczeją», mają dużo przestrzeni. To dla nas akcja towarzyska, trochę jak zabawy podwórkowe, ale w przyrodzie. Jeśli idzie z nami Magda (edukatorka przyrodnicza) pojawia się więcej elementów edukacyjnych. Dzieciaki uczą się posługiwać mapą, Magda rozpoznaje z nimi rośliny, wciąga ich w świat przyrody”.

CO Z „DEFICYTEM NATURY”?

O Zespole Deficytu Natury pisał Louv – w skrócie oznacza to stan psychofizyczny wynikający z odcięcia kontaktu z przyrodą poprzez zmiany cywilizacyjne: przeniesienie się do miast, nowy styl życia i edukację wymagającą od dziecka posłuszeństwa i podporządkowania. Pytam Ewę, czy akcja „Idziemy do lasu” jest próbą zapobiegania temu zjawisku.

„Odpowiem trochę na okrętkę, dobrze? Kiedy patrzysz na morze, słuchasz ptaków, medytujesz, wychodzisz do lasu – odzyskujesz kontakt ze sobą. Może to brzmi trochę jak nawiedzone gadanie, ale tak jest! Odzyskujesz «stan ja». Chodzi o to, żeby zrzucić maski i przebrania, żeby doświadczyć siebie. Ja to czuję, kiedy przytulam moje dziecko, w takim prostym bezpośrednim kontakcie nagle dociera do mnie, że tam, w tym uścisku, jestem w stu procentach sobą. Wydaje mi się, że wyjścia w przyrodę też to spotkanie ze sobą umożliwiają”.

Grupa poznańska „Idziemy do lasu” planuje już kolejne spotkania. Ewa chciałaby odwiedzić Osową Górę, Arboretum Leśne w Zielonce, Rezerwat Żurawiniec, Dziewiczą Górę czy Łysy Młyn w Suchym Lesie. Takie wielkopolskie eksploracje. Z Ewą można się skontaktować przez bloga Basi Zamożniewicz. Cały czas zaprasza rodziny do współtworzenia akcji i wspólnych przygód w przyrodzie.

 

BIBLIOTEKA

Blog Barbary Zamożniewicz znajduje się pod adresem wielkizachwyt.pl. Tam też znajduje się adres mailowy autorki, na który można zgłosić chęć dołączenia do akcji „Idziemy do lasu”.

Książka Richarda Louva „Ostatnie dziecko lasu” wyszła w Polsce nakładem wydawnictwa Mamania i w tłumaczeniu Anny Rogozińskiej.

 

CZYTAJ TAKŻE: Śladami profesora

CZYTAJ TAKŻE: W dolinie trzcin i bażantów

CZYTAJ TAKŻE: Szlakiem dębów i ptaków