fot. materiały prasowe

Po stronie wierszy

Czytam książkę „Wolny wybór. Stulecie wierszy 1918–2018” i próbuję na nowo zrozumieć swój niesłabnący entuzjazm dla polskiej poezji i zastanowić się nad granicami własnej rzeczywistości.

STULECIE WIERSZY

Czytam książkę „Wolny wybór. Stulecie wierszy 1918–2018” i próbuję na nowo zrozumieć swój niesłabnący entuzjazm dla polskiej poezji, jej wewnętrznej sprężyny, która rozsadza porządki mowy, każe przemyśleć stosunek do słowa i języka, zastanowić się nad granicami własnej rzeczywistości, a raczej: zastanawiać wciąż i wciąż.

Dobra poezja powoduje, że każdy wiersz zmienia nieco perspektywę, wyostrza albo rozmazuje optykę. Z każdym kolejnym tomikiem jesteśmy już trochę dalej (albo nieco w tyle), za tymi, którymi byliśmy w momencie otwierania książki.

 

Każdy wiersz zmienia nas, ale i zmienia piszącego.

Wiem, banały. Ale nie sposób od nich uciec. Pierwsze szkice mogą być „okrągłe”, zakreślają bowiem tylko horyzont zdarzenia, o którym będzie mowa. Z czasem wyostrzy się detale, opisze centrum – zacznie się od niego dystansować, przejdzie się na pozycje boczne. I ten transfer myśli i ruch znaczeń w zasadzie nie będzie miał już końca.

WOLNY WYBÓR

Poezja wydaje mi się przede wszystkim czynnością (czytanie i pisanie) pozbawioną kalkulacji i ambicji (w sensie minoderyjnego podobania się, szafowania urodą, erudycją…). Konieczna, przymusowa (nie autorytarna), możliwa. Zdarza się piszącemu, przychodzi, jest. Nie pozwala zanadto roztrząsać powodów swojego zjawienia/zjawiania się u piszącego (może to być błysk, albo monotonne dukanie, a może jeszcze coś innego). Naporem pewnych konieczności, natrętnych (a może nienatrętnych?) obrazów i myśli.

O wierszach trzeba myśleć po gospodarsku, z troską i uczciwie. Ale przecież może być zupełnie na odwrót. Poezja pozwala roztrząsać powody swojego zjawiania się u piszącego, napór kolejnych egzystencjalnych incydentów staje się rodzajem konieczności, przemoc obrazów i natłok myśli porywają w swoje nurty i topią się między brzegami oczekiwań. Moich wobec siebie, innych wobec mnie, wiersza wobec wiersza, wiersza wobec siebie i tak dalej, i dalej. I to jest piękne.

WYBORY I NIEWYBORY

Wolny wybór. Stulecie wierszy 1918–2018, antologia Piotra Śliwińskiego

Piotr Śliwiński, „Wolny wybór. Stulecie wierszy 1918–2018”, Biblioteka Poezji Współczesnej, tom 176, WBPiCAK, Poznań 2018.

Antologia, którą przygotował Piotr Śliwiński (autor wyboru wierszy i posłowia), podzielona jest na siedem części i prolog (całość otwiera „Piosenka o porcelanie” Czesława Miłosza), i epilog (rzecz kończy wiersz Leopolda Neugera).

 

Pierwsza istotna uwaga: nie ma co się spierać, co do zasadności wyboru, licytować się na nazwiska, przekonywać do własnych wskazań i preferencji. Bo i po co, kiedy każdy z nas, czytelników, ma rację.

Sensem publikowania antologii (a już na pewno takiej z wierszami) jest próba pojedynczego, osobistego spojrzenia na teksty, które z różnych względów, dla autora budującego z nich osobny kosmos, układają się w zamknięty (ale i otwarty, gdyż poetycki ruch odbywa się w obie strony) świat. Świat w ciągłej gotowości do stwarzania się na nowo. Nikt nie mówi, że ma być on spójny, przede wszystkim ma nam „przeszkadzać”, ma rodzić naturalną potrzebę stworzenia kontrkosmosu, zbudowania innej konstelacji, choć nazwiska plejady mogą, rzecz jasna, się powtarzać. Ale i ma nam sprzyjać, sprawiać przyjemność, zaś jego przygodność ma być naszą przygodą. Kropka.

NA STRONIE

Wolny wybór. Stulecie wierszy 1918–2018, antologia Piotra Śliwińskiego

Piotr Śliwiński, „Wolny wybór. Stulecie wierszy 1918–2018”, Biblioteka Poezji Współczesnej, tom 176, WBPiCAK, Poznań 2018.

Każdy czytelnik poezji stoi po stronie bliskich sobie wierszy, będzie bronił ich racji, dawał im głos, przedłużał echo, by mogło nieść się dalej. O to właśnie chodzi, o stwarzanie poezji warunków do tego, aby mogła wybrzmiewać, nieść – siebie w nas i odwrotnie. I niech tak zostanie.

Nie chodzi wcale o to, aby w omawianej antologii wskazywać, których poetów brakuje, czy wymieniać inne wiersze tych już obecnych. Jest to autorska podróż Piotra Śliwińskiego, to on nas oprowadza po arteriach, uliczkach i zakamarkach, miejscach odświętnych i obskurnych. I albo dziarsko idziemy za nim, albo skręcamy w boczne ścieżki, kluczymy, gubimy tropy.

 

Piotr Śliwiński przyłożył wiele luster, w których możemy zobaczyć poezję. Pomnożyć jej kapitał albo zmarnować szansę na duchowe ćwiczenie. Poezja uczy ciągłej gotowości na to, co niegotowe, niepraktyczne, niesłużebne… nieważne.

W JĘZYKU (WIERSZ) I

Poezja to sztuka stawiania trudnych pytań, konfrontacji z aporiami, wystawiania naszego dobrego samopoczucia na próbę. Bo czy aby na pewno artykulacja i wypowiadane słowa skracają między nami dystanse, a nie jeszcze bardziej je cementują? Wiersz przecież destabilizuje kanon, a równocześnie ugruntowuje tradycję, kładzie przęsła pomiędzy minionym i teraźniejszym, pomiędzy dalekim i bliskim. Poezja i kwestionuje oczywistości, i gruntuje oczywistości. Najważniejsze.

 

Leopold Staff, ostatnia strofa „Ars poetica”:

I niech wiersz, co ze strun się toczy,
będzie, przybrawszy rytm i dźwięki,
Tak jasny jak spojrzenie w oczy
I prosty jak podanie ręki.

NIEOBJĘTY ŚWIAT II

profesor Piotr Śliwiński

Prof. Piotr Śliwiński, fot. Mariusz Forecki

Poezja to wspaniała szkoła widzenia. Centralnego i pobocznego, skupionego na dalach i detalach. Na perspektywach i niuansach. Jednocześnie obejmującego świat – czy jak chciałby Białoszewski – „obłapiającego”, ale i próbującego za nim nadążyć. Wiersze mierzą się z bogactwem rzeczywistości, jej wcieleniami i niedowcieleniami, przemianami i metamorfozami, zdając relację z własnego zapatrzenia, zadurzenia, drżenia. Uczą nas być w świecie, a nie obok świata.

Kto wie, czy to nie największa łaska poezji – próbującej wpisywać nas w „być”. Zamiast przyglądać się rzeczywistości, projektować działania, ufać projekcjom, mamy skok w sam środek działania, w ruch, pęd, kuźnię myśli. Zadającą kłam gorącym oczekiwaniom i chłodnym kalkulacjom.

Trzy słowa od poezji: tu, teraz, bądź!

 

Władysław Sebyła:

Morzem pamięci płynę, mgłą,
mijając wyspy snu i jawy,
nieznane wkoło kipi głąb
i niezbadany cel wyprawy. 

EKSTATYCZNA KRUCHOŚĆ: ŻYCIE III

Poezja jest zapisem pojedynczego życia, jednej, określonej wrażliwości i wyobraźni, próbującej obłaskawić sobie (i innym) rzeczywistość.

Jest wielką afirmacją tego, co żywe. Pochwałą zmysłów, celebransem smaków i zapachów. Namiętnym porywem pokazującym, jak rozsmakować się w najprostszych czynnościach, w ugorze zobaczyć potencjał, w bieli – możliwości wszystkich innych kolorów.

Wydana żywiołom, wpisana w nieporządki porządnej mieszczańskiej śmierci. Wystawiająca świat na widok, uchylająca rąbka tajemnicy, stygnąca jak umarły: długo, ciężko, ostatecznie.

 

Krystyna Miłobędzka – z tomu „Po krzyku”:

największym odkryciem wydaje mi się szare, brudne światło
o którym mówimy jasno
i mała przestrzeń, którą potrafimy naraz zobaczyć

MIEJSCA NIEOCZYWISTE IV

Poezja to również sztuka kwestionowania własnej natury. Zapis poznawczych pasm i niepowodzeń. Klęska sensu, który nie potrafi zagościć w słowie. To aktywność zafiksowana na własnych brakach, niedyspozycjach, niemożliwościach. Bardziej zainteresowana, jak coś jest ze słów zrobione. To próba zwrócenia uwagi na uskoki sensu, jego umowność, wątpliwą prawomocność, chybotliwe podstawy, labilne granice. To sztuka, której celem jest „dokopanie się” do  istoty znaczenia. Ceną za to jest utrata ostatnich złudzeń co do pracy, jaką się wykonuje i jej przeznaczenia.

 

Tymoteusz Karpowicz, „odwracając światło”:

wyprowadzona ze słonecznego zegara
stoi bez sekundy na wargach
granica czekająca jej jarmarczna twarz
pełna płaskich błaznów zgrywa się w powietrzu
kołującym na proch a w tym prochu
trzy pątnicze topole przędą krótkie skrzydła wiatru

KRAJOBRAZY PO ZAGŁADZIE V

Prof. Piotr Śliwiński, fot. Mariusz Forecki

Poezja to lekcja empatii, otwarcia, przebaczenia. To zaproszenie do własnego świata Innego, który każe nam przemyśleć, czy jesteśmy mową i pamięcią minionego, czy podmiotem z krótkim terminem ważności. Czy zrozumieliśmy, że uczucia to nie emocje, a rezygnacja z „ja, ja, ja” jest pomnażaniem dobroci.

Poezja to umiejętność zadawania pytań światu. Bolesnych i rozdzierających. Pytań, od których człowiek z ledwością rusza dalej, podnosi się z kolan. To magiczne zaklęcia potrafiące przywracać namiastki ładu i porządku. Słowa rugujące chaos i przepędzające zło. Poezja jako pocieszycielka, szew na ranę, która się paprze i paskudzi, a sól ziemi nie pozwala jej się na trwałe zasklepić. Poezja boli, uwiera.

 

Jerzy Ficowski, z wiersza „List do Marc Chagalla”:

W ciemności popioły
płyną przez durszlakowe klepsydry.
I jest w powietrzu tak,
jakby oddychało się ostatnim tchnieniem.

OJCZYZNA: WSPÓLNY BÓL VI

Poezja stara się widzieć wszystkich ludzi w człowieku. Dlatego nie podporządkowuje sobie słabszych, daje głos pognębionym, zwraca się ku przegranym, zjednuje ku sobie audytorium. „Chodź – mówi wiersz – jestem dla Ciebie, nie oczekuję nic w zamian”.

Poezja to również próba zawiązywania wspólnoty. Stałe wychodzenie ku innym. Uszanowanie tradycji, nauka pokory wobec minionego. To lekcja troski o wspólne dobro, o rzeczywistość szanującą każdego z osobna – w jego wyborach, celach, dążeniach, w dobrej woli, w wolności i odpowiedzialności za cudze krzywdy, swoje poniechania.

 

Teodor Bujnicki, pierwsza strofa wiersza „Godzina 2.45”:

A może teraz potrafię
w godzinę bardzo późną i wczesną zarazem
dopasować najtrudniejsze wyrazy
do najprostszej treści.

DYLEMATY ZAANGAŻOWANIA (SPOŁECZEŃSTWO) VII

Poezja to również walka, interwencja, polemika. Angażowanie się po stronie spraw doraźnych – za cenę niezrozumienia, poza kontekstem sporu czy konfliktu. To przekonanie, że wiersz niesie ze sobą potencjał kontestacyjny i może działać jak sole trzeźwiące.

 

Władysław Broniewski:

Trzeba pieśnią bić aż do śmierci,
trzeba głuszyć w ciemnościach syk węży.
Jest gdzieś życie piękniejsze od wierszy.
I jest miłość. I ona zwycięży.

KROPKA (NA KONIEC, NA POCZĄTEK)

Chodzi o to – tak widzę rolę antologii z wierszami – aby wpadać w zmienne dykcje, poetyki, nastroje i na moment odnajdywać siebie u innych. Albo gubić się u swoich, odnajdywać pod obcymi adresami.

Antologie z wierszami są jak blokowisko, na którym w kolumnach budynków, na wszystkich piętrach, we wszystkich mieszkaniach słychać głosy, prośby, modlitwy, marzenia, nadzieje, wyznania, złorzeczenia, przekleństwa. I próbuje się w tym wszystkim znaleźć swój kawałek podłogi. I może się znajduje, a może nie.

Piotr Śliwiński, „Wolny wybór. Stulecie wierszy 1918–2018”, Biblioteka Poezji Współczesnej, tom 176, WBPiCAK, Poznań 2018.

 

CZYTAJ TAKŻE: Na jednego solistę. „Karaoke” Dawida Junga

CZYTAJ TAKŻE: Przy wierszach, przy tomach („Nowe wiersze wybrane”)

CZYTAJ TAKŻE: Do błysku, do biegu. „Nie oddany uśmiech” Krystyny Miłobędzkiej