fot. Wojciech Hildebrandt

Polemixa sztyki (38. edycja konkursu im. Marii Dokowicz)

Już po raz 38. rozstrzygnięto konkurs im. Marii Dokowicz na najlepszy dyplom Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu. Przez kilka dni można było oglądać prace finalistów w przestrzeni reprezentacyjnego pawilonu prasowego Poznańskich Targów.

„Polemixa sztyki” – taki napis przeczytałem na wielkim, czerwonym plakacie. Rozlana na każdej literze czerwona farba skutecznie uczyniła tekst nieczytelnym. Nie pierwszy to afisz poznańskiego Uniwersytetu Artystycznego, który odstręcza. Zdaje się mówić naiwnie, że im bardziej kulfoniasto, tym bardziej artystycznie. Miało być „Polemika sztuki”. A tak naprawdę chodzi tu o najlepsze dyplomy na UAP-ie w minionym roku.

Właśnie, już po raz 38., rozstrzygnięto konkurs im. Marii Dokowicz na najlepszy dyplom Uniwersytetu Artystycznego. Przez kilka dni można było oglądać prace finalistów w pięknej przestrzeni reprezentacyjnego pawilonu prasowego Poznańskich Targów. Jak w prawdziwej świątyni sztuki – marmurowe i granitowe lśniące posadzki, sterylna biel ścian i morze chłodnego światła otaczały dzieła młodych artystów i projektantów.

…I KAMIENI KUPA

Już od samego wejścia, zaraz po bezszelestnym otwarciu automatycznych drzwi, stanąłem wobec tajemnicy współczesnej sztuki. Po prawej stronie piętrzył się stosik obłych, białych kamieni. Kamienie okazały się gumowymi balonikami, miękkimi w dotyku, bo wypełnionymi mąką. Jak jarmarczne gniotki, znane wszystkim z dzieciństwa, ze straganów z tanimi zabawkami. Owe miękkie kamienie porozrzucane po całym pawilonie wprawiały mnie w nieustające zdziwienie. Jakaż filozoficzna głębia się w nich kryje! Otóż, jak przeczytałem w stosownym opisie „kontrolujemy siebie, kształtujemy już od dziecka”, a to „odbiera nam wolność”. A tu proszę, możemy tej wolności doświadczyć i nawet ją podotykać. Kupa kamieni to nie tylko obiekty haptyczne, a nawet „Engramy”. Nic więc dziwnego, że tak metafizyczna praca została wyróżniona w tegorocznym konkursie.

 

Główną nagrodę projektową otrzymał futurystyczny pojazd, również ustawiony przy wejściu do pawilonu. Nie auto, nie motocykl, tylko „adaptive vehicle”, w modnym ostatnio, trójkołowym układzie jezdnym.

Grand Prix, pojazd autorstwa Kordiana Mańkowskiego

Pojazd ma taką właściwość, że może się skracać w czasie jazdy, podnosząc do pionu swoją karoserię. Ma to oszczędzać miejsce do parkowania podczas jazdy miejskiej i zamieniać wynalazek w wyścigówkę poza terenem zabudowanym. Wtedy ma on sunąć z prędkością 150 km/h. Oczywiście „projekt to próba alternatywnego podejścia do obecnych trendów światowej motoryzacji, napędzanej konsumpcjonistycznymi mechanizmami i karmiącej nas planowo postarzanymi produktami”.

Niestety, poznańska uczelnia chyba nie ma zbyt wielu doświadczeń w projektowaniu autopodobnych pojazdów. Nikt nie zauważył, że towarzysząca dziełu praca teoretyczna zawiera głównie zdjęcia pokazujące, jak autor pracowicie spawa i skleja, i prawie nic o tym jak ten niby-samochód miałby się bezpiecznie poruszać po drodze. Na zamieszczonym w sieci przez twórcę filmie można zobaczyć jak „adaptive vehicle” jedzie. Całość, już przy niewielkiej prędkości trzęsie się niemiłosiernie. Można powiedzieć, że to kwestia dopracowania prototypu, ale gdy na zakręcie koło zaczyna odrywać się od jezdni, grożąc przewróceniem pojazdu, żarty się kończą. Ta konstrukcja jest niestabilna i niebezpieczna. Dodatkowym zagrożeniem jest całkowity brak odporności na zderzenie czołowe. Kierowca ma przed sobą tylko wielką szybę. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, by przewidzieć, co się stanie podczas kolizji. A przy okazji, prototyp nie ma wcale drzwi, trzeba się do niego wczołgiwać od tyłu, ponad oparciem siedzenia, przeskakując przez wszystkie bebechy mechaniczne pojazdu, które autor zapomniał zasłonić. Zresztą w wersji skróconej, podczas parkowania i jazdy miejskiej, pojazd ma z tyłu wielką dziurę. Ale za to całość jest śliczna.

Plakat 38. edycji konkursu im. Marii Dokowicz

Nie poruszyła mnie też druga główna nagroda w dziedzinie sztuk artystycznych. Nagrodzony został film animowany. Nie wciągnęły mnie w opowieść ludziki narysowane w modnej, googlowskiej manierze, skaczące po angielskich napisach. Zgadzam się z autorką, że „otwarte kadry i duża typografia przytłacza widza”. Jednak jakoś ten kolejny, artystyczny tym razem protest przeciwko reklamie i centrom handlowym na mnie nie działa. Czegoś innego oczekuję od współczesnej sztuki niż tylko powtarzania modnych, krzykliwych haseł, a wszystko to pod pozorem buntu i niezgody na ten świat.

Rozumiem wielką chęć młodych artystów – zaistnienia poprzez swoją sztukę. Tylko że umieszczona na wystawie wanna, wypełniona wodą, z włączonym hydromasażem nie wnosi niczego w artystyczny dyskurs. Nie wiem, dlaczego nie wystarczy na świetnej uczelni zrobić dobrą rzeźbę, tylko trzeba pod nią wtykać lustro, żebyśmy mogli pooglądać ją od spodu. Dlaczego kombinowanie ma zastąpić głęboką, indywidualną wypowiedź artystyczną?

U PROGU WIELKIEJ SZTUKI

„Czerwona linia” Aleksandra Radziszewskiego

Na szczęście są na wystawie świetne dyplomy, które przywracają wiarę w przyszłość sztuki i projektowania. Są młodzi artyści, których nazwiska i prace warto zauważyć i zapamiętać. Szkoda, że nie robi tego ich rodzima uczelnia, dla której wielka feta przy otwarciu wystawy ma zastąpić prawdziwą promocję rozpoczynających samodzielną działalność artystyczną absolwentów. Bo czymże innym, jeśli nie lekceważeniem własnych studentów i zwiedzających wystawę, jest brak jakiejkolwiek informacji, które prace zostały nagrodzone? Widziałem ekspozycję prac dzień po wernisażu i żadnego śladu takiej informacji nie zauważyłem. Tak trudno było napisać, choćby odręcznie „Grand Prix” czy „wyróżnienie”, i przypiąć kartki obok eksponowanych prac?

Choćby przy pięknym, wyróżnionym projekcie zagospodarowania zdewastowanego krajobrazu i ruiny współczesnej techniki, porzuconej budowy elektrowni atomowej Żarnowiec. Autor, Aleksander Radziszewski rysuje czystą i prostą linię o długości kilometra. Drogę, która zaczyna się pomostem wcinającym się w jezioro Żarnowieckie, przecina groźne, betonowe relikty fundamentów elektrowni, i biegnąc przez symboliczny, istniejący sad i grotę szeptów, wcina się ostatecznie w Górę Zamkową.

 

Piękna metafora ślepej ulicy rozwoju naszej nowoczesnej cywilizacji. Na zakończeniu tej linii umieszczone zostało wysokie na 20 metrów, pionowe lustro we wnętrzu góry. Tylko w jeden dzień w roku oświetlą je w całości promienie słoneczne, niosąc ze sobą odrobinę nadziei.

Zdjęcia Mateusza Furtasa

Zupełnie inny, ale wart wielkiej uwagi, jest projekt uzupełnienia zabudowy starego Chwaliszewa, Maksymiliana Sawickiego. Konkretne wnioski projektowe poprzedziła nowatorska analiza wartości elementów przestrzeni urbanistycznej tego fragmentu miasta. Jakże inna od prymitywnej praktyki deweloperskiej i planistycznej w dużych miastach, gdzie decydują zysk i zgodność z biurokratycznymi procedurami, zamiast prawdziwego kształtowania przestrzeni miasta.

Intrygujące są zaplątane, dosłownie i w przenośni, portretowe zdjęcia Mateusza Furtasa. Dziwne deformacje są niczym echo zanikającej ludzkiej pamięci i złowrogiej tymczasowości cyfrowego zapisu.

 

Wiadomo, nic nie jest wieczne, ale nasza bezradność wobec nietrwałości przeraża i budzi refleksję. Wsysane w nicość upiorne, anonimowe twarze nie pozostawiają nikogo obojętnym i przekazują głęboką prawdę naszych czasów.

STARA GRAFIKA I MALARSTWO MAJĄ SIĘ DOBRZE

Pełen graficznej urody jest dyplom Ewy Kozubskiej, zatytułowany „Ogród o rozwijających się kreskach”. Punktem wyjścia do artystycznej analizy były tu zdjęcia jeziora i nadbrzeżnych trzcin. Prace w subtelny sposób dotykają trzeciego wymiaru. Pozornie abstrakcyjne migotanie kresek sprawia wrażenie ruchu. Stanowią piękny przekaz – ukrytej przed pobieżnym spojrzeniem, nieposkromionej energii natury.

Na zakończenie muszę wspomnieć o świetnym dyplomie malarskim autorstwa Patrycji Marii Kowal. Składa się nań obraz dużego formatu przedstawiający wnętrze, na poły drobiazgowo odtworzone, na poły znikające w rozmywających się fragmentach widoków ze wspomnień, pociętych jak okruchy stłuczonego lustra. Towarzyszy mu po bokach sześć prac z błyskotliwie i wirtuozersko namalowanymi refleksami odbitymi w wodzie. Metaforyczne odbicie ludzkiej pamięci. Można patrzeć i patrzeć z nieustępującą przyjemnością. Jest jeszcze dobre malarstwo!

Niewiele osób zobaczyło tę bardzo interesującą wystawę. A szkoda, bo dała ona wiele do myślenia o kondycji współczesnej sztuki, postępującej pustej nowomowy z jednej strony, a z drugiej dającej nadzieję na nowe otwarcie i powiew świeżości, który wniesie kolejne pokolenie artystów. Trzymajmy za nich kciuki – to oni zmienią świat. Wierzę, że na lepsze.

 

Polemika sztuki. 38. edycja Konkursu im. Marii Dokowicz. Konkurs na najlepszy dyplom Uniwersytetu Artystycznego, pawilon 10, Międzynarodowe Targi Poznańskie, 13–18.11.2018