fot. Wydawnictwo Poznańskie

Te prawdy, które stworzyły Amerykę

Już za kilka dni na półkach księgarskich pojawi się książka pt. "My, naród. Nowa historia Stanów Zjednoczonych" Jill Lepore. To kolejna w ostatnim czasie, po "Pionierach" Davida McCullougha, propozycja Wydawnictwa Poznańskiego dotycząca historii Stanów Zjednoczonych.

Amerykańska historyczka, dwukrotnie nominowana do Pulitzera za swoje wcześniejsze prace, z uporem, na różne sposoby bada przeszłość swojego kraju. Książka, którą do ręki dostaje polski czytelnik, pochodząca sprzed dwóch lat (a zdążyła autorka od tego czasu wydać dwie kolejne, z których jedna dalej zgłębia podobne kwestie) stanowi próbę zmierzenia się przeszłością USA w jej meandrach i mieliznach.

Te prawdy

We wprowadzeniu Lepore określa wyraźnie przedmiot swoich zainteresowań i zamysł. Trudno, w obszernym nawet tomie, zdać sprawę z całości tego, co nazywamy dziejami jakiegokolwiek państwa czy narodu. Stąd jasne wysłowienie, czego może się czytelnik spodziewać, wydatnie ułatwia późniejszy kontakt z tekstem.

Autorka, uprzedzając ewentualne zarzuty niekompletności swej wizji historii USA, deklaruje, że zajmie się przeszłością swojego kraju w tym zakresie, w jakim są one odpowiedzią na pytanie Alexandra Hamiltona, jednego z ojców założycieli USA, w tekście będącym głosem w szerokiej dyskusji wokół Konstytucji ogłoszonej w 1787 roku. Pytanie brzmi:

 

„Czy ludzkie społeczności zdolne są do utworzenia dobrego rządu poprzez wybór oparty na refleksji, czy też są one na zawsze skazane na to, by ich ustrój polityczny wynikał z przypadku i siły?”.

 

Dla Hamiltona Ameryka, odpowiadając na to pytanie jako kraj jasno widzący swoje początki, nieposiadający dziejów bajecznych, może jednocześnie pokazać, czy społeczności ludzkie w ogóle są w stanie kierować swoimi losami.

Ta kwestia jest dla Lepore kluczowa w jej interpretacji całości dziejów Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej.

 

Podstawowe prawdy równości politycznej, praw naturalnych i suwerenności ludu – interpretowane na wiele sposobów przez różne strony podziałów ideowych, politycznych, społecznych – determinowały działania, a później odczytywanie ich efektów i skutków.

My, naród, Jill Lepore, Nowa historia Stanów Zjednoczonych, Wydawnictwo Poznańskie, fot. Wydawnictwo Poznańskie

My, naród, Jill Lepore, Nowa historia Stanów Zjednoczonych, Wydawnictwo Poznańskie, fot. Wydawnictwo Poznańskie

Te prawdy (w oryginale zresztą taki nosi tytuł książka Jill Lepore – "These Truths: A History of the United States") do dziś są aktualnymi wyznacznikami toczonych w USA dyskusji wokół tego, czym była, jest i będzie Ameryka.

Przez całe dzieje swojego kraju, od symbolicznego roku 1492 aż do 2016, Jilll Lepore śledzi, jak mierzono się z pytaniem Hamiltona. Autorka opisuje to wnikliwie, oddając głos uczestnikom zdarzeń tak często, jak to tylko możliwe. Wypełnia

 

„strony książki ich słowami, niczym kwiatami, dla ich piękna, lub niczym robakami, dla ich obrzydliwości”.

 

Przez dzieje własnego kraju prowadzi ją intelektualna uczciwość, każąca odnotowywać nie tylko jego sławę i chwałę, lecz także mierzyć się z momentami trudnymi przez małość i mizerię aktorów zdarzeń.

 

Chce spojrzeć na przeszłość ponad podziałami społeczeństwa i zdać sprawę z jej złożoności, a nie tworzyć wersję dla jednej ze stron rozlicznych dyskusji i konfliktów.

Jedynym, choć wydaje mi się istotnym, mankamentem polskiej edycji tej ważnej książki jest brak w przypisach odniesień do istniejących polskich przekładów tekstów, do których odwołuje się autorka. Baza źródłowa książki jest ogromna, większości pozycji nie posiadamy po polsku, wiele jest jednak odwołań, których tłumaczenia można bez trudu zidentyfikować.

Pierwszych trzydzieści stron tekstu pozwala znaleźć takie znane nazwiska jak David Hume, Tukidydes, Herodot, Darwin, Tzvetan Todorov, Bartolome de Las Casas, Thomas More, Adam Smith, Alfred Crosby, Michel de Montaigne. Jednak czytelnik mniej zorientowany, którego coś by zainteresowało, z przypisów mógłby błędnie wnioskować, że dostępu do ich dzieł po polsku nie ma.

Pionierzy

Warto przy okazji porównać tę historię ze wspomnianymi wyżej "Pionierami". Oboje autorów stawało w szranki do Nagrody Pulitzera. Mają za sobą karierę pisarską honorowaną wieloma nominacjami i nagrodami, nie są debiutantami. Zajmuje ich w różnym wymiarze przeszłość ich własnego kraju i narodu.

 

Podobieństwa na tym chyba się wyczerpują. Widać to wyraźnie w stosunku do materiału historycznego wypełniającego obie książki.

Podejście Jill Lepore już przybliżyłem, teraz kilka słów na temat książki McCullougha. Nie jest to całościowa (jak poniekąd można by wnioskować z tytułu) historia tworzenia się Stanów Zjednoczonych przez pionierskie opanowywanie coraz dalej na zachód położonych terenów. Obejmuje skromny w sumie fragment tej złożonej opowieści, jednak z różnych względów istotny – szczególnie dla zamierzonego przez autora celu (jaki da się z treści wywnioskować).

 

Oto w 1787 roku poznajemy wielebnego Menasseha Cutlera, gdy wybiera się w podróż do Waszyngtonu, by promować osadnictwo na terenach Ohio i zapewnić ramy prawne życiu mających tam się osiedlać Amerykanów.

Pionierzy. Ludzie, którzy zbudowali Amerykę, David McCollough, Wydawnictwo Poznańskie, fot. Wydawnictwo Poznańskie

Pionierzy. Ludzie, którzy zbudowali Amerykę, David McCollough, Wydawnictwo Poznańskie, fot. Wydawnictwo Poznańskie

Nie ma tu, jak w książce Lepore, wstępu dającego wgląd w zamiar pisarski – według jakich założeń ta historia będzie opowiedziana. Optykę pisarza trzeba rekonstruować spomiędzy wierszy, a wydaje się ona bardzo tradycyjna – Ameryka jest wielkim krajem, stworzonym przez Amerykanów, na przekór wszelkim przeciwnościom. To nowoczesna wersja biblijnej opowieści o Dawidzie i Goliacie, w której Amerykanie zrządzeniem Boskich wyroków musieli, w trudzie i znoju pokonując kolejne przeszkody, tworzyć swój świat.

 

Na pierwszy plan wybija się ujarzmianie przyrody. Obalanie całych połaci lasów, by po karczunku stworzyć przestrzeń do budowy miasta. Tworzenie sieci połączeń komunikacyjnych, by uczynić cywilizowaną ziemię częścią większej całości – USA.

W sposób oczywisty David McCullough nie może napisać (nie jesteśmy w stanie stwierdzić, co uważa, ale to nie jest istotne), że przeszkodę stanowili rdzenni mieszkańcy tego kraju. Nawet nie dlatego, że to politycznie niepoprawne (jakże ulubiony cel ataków wszelkiej maści wojowników prawdy). Może dostrzegać napięcie wynikające z tych kontaktów i tej części historii Stanów Zjednoczonych, jednak w samej książce, opowiadającej także o wojnach toczonych z Indianami, to napięcie jest nieobecne.

 

Wojny są dalekim tłem, wspominane z konieczności, kiedy nie da się tego uniknąć.

W zasadzie – co ważne – nie wiadomo jednak, o co one się toczą. Przy tym nadzwyczaj subtelnie zaznaczone są racje obu stron. Oto w czasie jednej z potyczek amerykański pionier „obcina” głowę indiańskiego wojownika, kilka zaś stron dalej Indianie „bezczeszczą” zwłoki swoich wrogów, czyniąc to sami. Nic wprost, ale walor oceny obu sformułowań jest wyraźnie różny. Neutralny w pierwszym, pejoratywny w drugim.

Podobna rola – negatywnych w ostatecznym rozrachunku bohaterów – przypadła emigrantom z Irlandii i innych krajów Europy. Jeśli się pojawiają, to jako ci, którzy wciąż wichrzą, sprzeciwiają się postępowym i rozwojowym na poziomie krajowym projektom.

 

Po prostu – Amerykanin w wizji Davida McCullougha to wciąż WASP – biały anglosaski protestant.

Porównanie, nawet tak pobieżne, obu książek uzmysławia dość oczywistą prawdę, że nowe opakowanie może zawierać lekko już zwietrzały towar. Tak jest z "Pionierami". Sprawnie i zajmująco napisana, retorycznie akuratna, nieatakująca nikogo wprost – w większej mierze opinie zawierające oceny pochodzą ze źródeł.

 

Autor, cytując listy, dzienniki, wspomnienia i artykuły prasowe na bieżąco odnoszące się do opisywanych wydarzeń, czyni to bez komentarzy.

Co oczywiście jest z jednej strony całkiem zrozumiałe – słowa zostały wypowiedziane, stanowią świadectwo czasów. Z drugiej jednak strony pozostawienie ich bez jakiegokolwiek objaśnienia może sprawiać wrażenie podpisywania się pod zacytowanymi opiniami. W tym przypadku wrażenie to tym silniejsze, że całościowy układ tych przywołań mógłby świadczyć o podzielaniu wyrażonych w nich przekonań.

 

Przecież komentarz nie musiałby w żaden sposób umniejszać autora, wchodzić z nim w polemikę z pozycji zupełnie nieporównywalnej wiedzy, a mógłby uzmysławiać na przykład czytelnikowi kontekst.

Dobrze jednak, że Wydawnictwo Poznańskie udostępnia czytelnikowi polskiemu te dwie świeże książki, bo łącznie dają one obraz odbywającej się w USA cały czas debaty historycznej i uzgadniania wizji przeszłości. A to w znaczeniu historii dla teraźniejszości istotne – by była wciąż na nowo przemyśliwana.

My, naród, Jill Lepore, Nowa historia Stanów Zjednoczonych, Wydawnictwo Poznańskie, fot. Wydawnictwo Poznańskie

My, naród, Jill Lepore, Nowa historia Stanów Zjednoczonych, Wydawnictwo Poznańskie, fot. Wydawnictwo Poznańskie

Nowa historia

Jeśli warto poświęcić czas na lekturę – obszernej, cóż powiedzieć – książki Jill Lepore, to nie dlatego, że jest całościową historią Stanów Zjednoczonych i to najświeższej daty – z 2018 roku (wydana niedawno znakomita "Ludowa historia Stanów Zjednoczonych" Howarda Zinna, także całościowa, pochodzi z 1980 roku, choć później była systematycznie przez autora uaktualniana).

 

Jest to, zgodnie z tytułem, „nowa” historia tego kraju.

Patronuje jej motto z Abrahama Lincolna:

 

„Musimy wyzbyć się złudzeń, wówczas ocalimy nasz kraj.”

 

Ma ono swoje odbicie w treści. Lepore, nie unikając trudnych pytań, gotowa jest zmierzyć się z całym dziedzictwem swego kraju i udzielić nie wygodnych, gładkich, ładnych odpowiedzi, a rzetelnych, wnikliwych, nawet jeżeli trudnych do przyjęcia, powodowana głębokim przekonaniem, że tylko w ten sposób można czegokolwiek nauczyć się z przeszłości.

 

Może ta książka być jednocześnie, choć to historia odległego kraju (z którym jednakże połączeni jesteśmy szeregiem doświadczeń i postaci), zachętą do stawiania podobnych pytań naszej własnej przeszłości, równie odważnego się z nią mierzenia.

Choć mamy wiele tekstów zamierzonych jako uczciwe, rzetelne stanięcie naprzeciw trudnej historii, to dzisiaj, w sytuacji głębokiego podziału społecznego przekładającego się też na wizje przeszłości Polski, są one postponowane, a forsowana i dekretowana jest prosta, heroiczna, czarno-biała opowieść. My, naród pokazuje, że można i należy zdjąć zasłonę iluzji – to daje prawdziwą siłę społeczeństwu. Prawdy, które stworzyły Amerykę, nie mniej są istotne dla nas. Pytanie skierowane przez Alexandra Hamiltona do Amerykanów winniśmy także my zadać sobie i swojej historii.