fot. materiały prasowe

Tego dzisiejszego wieczoru („Nikt nie idzie” Jakuba Małeckiego)

„Nikt nie idzie” Jakuba Małeckiego to proza opisująca wewnętrzną kotłowaninę ludzi pokiereszowanych, próbujących wydobyć się z ciasnej klatki własnej biografii.

Jakub Małecki doskonale osadził się w literaturze środka, jego ambicją – jak przypuszczam – jest forsowanie poetyki obyczajowej powieści, którą doprowadza się do ostatecznego wyrazu. Fabuła zbudowana jest z licznych retrospekcji i reminiscencji, które w trakcie lektury dokładają kolejne piętra do prowadzonej zręcznie narracji.

 

W zasadzie to powieść kameralna, rozgrywająca się w niewypowiedzianych słowach, zawieszonych gestach, w doskwierającym milczeniu. W odwodzie, urwanych szeptach, zapoznanych troskach, w bólu jątrzącym się wolno, aczkolwiek skutecznie.

OKALECZENI

Wszyscy bohaterowie tej książki są na swój sposób okaleczeni i nie potrafią wyartykułować do końca swoich potrzeb. Chroniąc innych przed własnym strachem, popadają w egzystencjalny stupor i letarg intensyfikujący się z każdą kolejną kartką. Zbudowani są z niedopowiedzeń, z tęsknot, z braku odwagi na skonfrontowanie się z prawdą o sobie samych. W trakcie lektury cały czas z tyłu głowy świtała mi myśl, że kontrapunktem dla poczynań autora „Dygotu” jest twórczość Patricka Modiano – eksploatująca efemeryczne stany nie do końca rozpoznanych emocji, sytuacji niedookreślonych, skąpanych w oszczędnej formule.

 

To proza o próbie nadania swojemu chaosowi jakiejś określonej formy, która nie będzie się wymykać przy kolejnych, życiowych zakrętach.

Gorzkie studium samotności stającej się wyrokiem, a nie szansą na wzięcie odpowiedzialności za swój los, pogmatwany, trudny, nie do końca transparentny dla samych zainteresowanych. Życiowe klęski i fiasko rozmaitych przedsięwzięć skłania protagonistów powieści do aktywności zafiksowanej na odkupieniu własnych win i błędów, naznaczających ich życiorysy trwałymi rysami. To proza opisująca wewnętrzną kotłowaninę ludzi pokiereszowanych, próbujących wydobyć się z ciasnej klatki własnej biografii. W pewnym sensie, każdy w tej książce, jest na swój sposób przegrany i nosi w sobie konkretny brak, dla którego nie sposób odnaleźć przynoszący ukojenie ekwiwalent.

UWAGA, FABUŁA!

W tej szkatułce przeplata się kilka historii, wzajemnie się oświetlając i dopełniając. Wczesne lata 90. przeglądają się w latach ostatnich i na odwrót. Rzućmy okiem na fabułę. Marzena jest sprzedawczynią w sklepie meblowym, kobietą samotną, która w rutynie znajduje pancerz przed wszechobecną nudą i nijaką codziennością. Któregoś dnia poznaje Antoniego, pilota wojskowego – pojedyncze frustracje naraz zyskują liczbę mnogą. Wiodą żywot ludzi, których marzenia, pragnienia i rozpacze doskonale się mają w granicach blokowiska, będącego centrum ich rzeczywistości. Zwyczajne zatrudnienia i plany na przyszłość przerywa rodzinna tragedia, a zmartwień dokłada syn Klemens, chłopiec, odstający od normy, błąkający się w swoim świecie, do którego dostęp skazany jest na niepowodzenie. Jego matka „żyła od ukłucia do ukłucia, od święta do święta, od jednej wypłaty do następnej, a Klemens nadal nie pasował do świata: ciągle kaleczył się o niego, potykał, uderzał”.

Postaci z tej powieści chciałyby wyrwać się z góry przypisanych im ról, ale życie jest dla nich bezlitosne – upodabnia się szybko do monotonii chwil, odchodzących w niepamięć gładko, niezawodnie niosąc tylko kolejne rozczarowania. Każdy czeka, aż wydarzy się coś niwelującego impas, „bo chyba niemożliwe, żeby zawsze było tak”. Otóż możliwe. Życie to również pasmo spraw przegranych, sytuacji pozbawiających złudzeń, negujących pracę jakiejkolwiek nadziei.

 

Bohaterowie starają się wychodzić ku swoim potrzebom, choć ich serca z każdą kolejną próbą, stają się coraz bardziej ołowiane, ambicje nieistotne, życiowe wybory banalne, a marzenia śmieszne.

Potem poznajemy Olgę i Igora. Łączy ich wspólne dzieciństwo w Kaliszu – i to obecne, rozgrywające się na tle kilku warszawskich dzielnic. On, z traumą z dzieciństwa, naznaczony nieprzepracowanym brakiem, i ona, próbująca znaleźć dla siebie wyraz w przyspieszającej codzienności warszawskiej korporacji, powodującej poczucie osamotnienia i niosącej niemożność osadzenia się w jakimś przyjaznym dla siebie kontekście.

Nie opuszcza nas wrażenie zagubienia tych ludzi, dla których nienawistna rzeczywistość jest sumą niespełnionych przyrzeczeń, jakie sami ze sobą zawarli w młodości. To również powieść o dorastaniu, pozbywaniu się kolejnych iluzji, o wzięciu odpowiedzialności za swoje błędy, porażki i zaniechania. O uczuciach, których temperatura – pomimo podsycania wewnętrznego i fizycznego żaru – permanentnie spada. O nienasyceniu, niemożności powodzenia własnych życiowych filozofii.

MAŁECKI – LIRYCZNY DEFETYSTA?

Jakub Małecki, „Nikt nie idzie”, Wydawnictwo SQN, Kraków 2018

W gruncie rzeczy Małecki jest lirycznym defetystą. Przekonuje, że człowiek w zasadzie jest samotny, nawet otoczony wianuszkiem ludzi, kłopocze się z własną konfuzją. Bywa niepogodzony z życiowymi zawirowaniami, dla którego jedyną ucieczką jest ułuda bliskości i niedopuszczanie do siebie jeszcze większych wątpliwości. W pozorowanej i skleconej na siłę rzeczywistości jest jedynie miejsce na oddech, chwilę zapomnienia, moment wytchnienia.

Być może większość ludzi nie ma żadnej przyszłości? Gorzknieją, nie wiedząc, co zrobili źle, gdzie nastąpił uskok i dlaczego już pora mentalnie umierać? Być może im więcej człowiek myśli, tym większe sprowadza na siebie frustracje? Przegrani ludzie udają mniej lub bardziej szczęśliwych, starając się wpisywać w oczekiwania innych, rezygnując z własnych aspiracji, rezygnując z walki, składając po sobie ręce – czy to chce nam powiedzieć Małecki?

Może jakimś wyjściem jest otoczenie się ciszą, w której niewypowiedziane słowa jakoś mniej ciążą. Życie na krawędzi miasta, na krawędzi czasu. W chwilach, kiedy nic się nie dzieje, a czas płynie, grzebiąc kolejne pomysły pod hałdą nieistnienia. „Nigdzie w przyszłości nie majaczyło nic, na co chciałoby się czekać” – tak autor kwituje położenie Olgi.

Z kolei o Igorze, zafascynowanym sztuką i literaturą japońską, niedoszłym nauczycielu akademickim grającym amatorsko na giełdzie, czytamy: „Wiersze fascynowały go, ale robiły mu krzywdę. Zabierały spokój, męczyły. Czasami przychodziło mu do głowy, że wolałby nigdy nie zainteresować się haiku, nie wiedzieć tego wszystkiego, nie znać tych myśli i słów”. Jak widać, nie ma tu dobrych rozwiązań.

ZARYGLOWANI

 

Bohaterowie tej prozy zaryglowali się w swoich światach, gubiąc gdzieś po drodze doń klucze i inni, starający się czuwać nad ich samotnością, są w zasadzie bezradni.

Małecki stara się nas przekonać, że każdy z nas niesie swoją tajemnicę, zadrę, i jeżeli skierować nań punktowe światło, rana stanie się jeszcze bardziej widoczna i deprymująca. Miłość nie przynosi satysfakcji, krzyżujące się losy potęgują bezradność, a tragiczne wydarzenia nadają ton, są próbą wydobycia się z własnych win, straconych szans, zaniechanych planów.

To powieść w jakiś dziwny sposób oszczędna, podskórna, rezonująca od spodu. Takie rzeczy po prostu czasami się zdarzają, tak jak lepsze życia, gorsze życia. „Nikt nie idzie” to literatura o ludziach, którzy okradają się bardziej niż czas. O w kółko powtarzanym smutku, rozpadającym się na nieprzystające do siebie dźwięki.

 

Jakub Małecki, „Nikt nie idzie”, Wydawnictwo SQN, Kraków 2018.

 

CZYTAJ TAKŻE: Ziemia jest mi najbliższa. Rozmowa z Maciejem Płazą
CZYTAJ TAKŻE: Twarze literatury: Marcin
CZYTAJ TAKŻE: Co słychać w poezji?