fot. Mariusz Forecki

Tragedia bez tragedii

Zawsze myślałam, że „Trojanki” to studium bólu i cierpienia kobiet, które wraz ze zniszczeniem ojczyzny, śmiercią mężów i synów, straciły poczucie sensu życia. Za chwilę zostaną niewolnicami zwycięzców. Tragedia Eurypidesa, pozbawiona akcji, mocno działa na wyobraźnię. Jak to możliwe, że przeniesiona na scenę Teatru Polskiego traci swoją moc?

Trojańscy bohaterowie zginęli, ich ojczyznę zniszczono, nad ruinami wschodzi czerwone słońce i unosi się dym. Troja zdobyta przez greckich Achajów. Pozostały w niej tylko lamentujące kobiety. Opłakują wymordowanych mężów i synów. Każda z nich zostanie za chwilę niewolnicą któregoś z Greków. Taki los kobiet w każdej wojnie. Przemoc jest rozkoszą zwycięzców.

Tragedia Eurypidesa pozbawiona jest właściwie akcji. To głównie obrazy spustoszonej ojczyzny i stanów psychicznych trzech głównych bohaterek: Hekabe, Andromachy oraz Kasandry.

W inscenizacji Kamili Michalak zanim rozpoczną się lamentacje, przy spuszczonej kurtynie, następuje spotkanie bogów, wspierających Achajów. Posejdon (Wojciech Kalwat) obiecuje Atenie (Małgorzata Peczyńska), że  pomści  jej  dawnych  wrogów. Bogini jest najwyraźniej wściekła na Ajasa, bo siłą uprowadził Kasandrę, która schroniła się w jej świątyni. Prosi Posejdona, aby „głęboką Zatokę Eubejską napełnił trupami”. Bogowie szybko się dogadują, podają sobie ręce, zwracają się twarzami do widowni i zastygają na chwilę w „minucie dla fotoreporterów”.

 

Kiedy podnosi się kurtyna widzów powala znakomita scenografia (Karolina Fandrejewska), minimalistyczna, z wielkim okiem wschodzącego czerwono słońca.

Światło podkreśla pustą, jakby spływającą krwią ziemię (reżyseria świateł Paulina Góral), tylko z podłogi wystają głowy chóru branek trojańskich. Choć pomysł znakomity, a głosy, wydawane przez chór bardzo dobre, wciąż czegoś brakuje. Rozpoczynają się lamentacje głównych bohaterek. Konia z rzędem temu, kto nie znając tekstu Eurypidesa, wysłyszy i zrozumie, o czym mówią. Zawiodło mówienie wiersza antycznego w sposób zaburzający jego rytm, charakterystyczny dla wypowiedzi języka potocznego.

To oczywiście ogromny problem reżyserów, którzy biorą się za teksty antyczne – jak je dziś mówić? Na pewno nie koturnowo, ale nonszalancja i melodyka języka potocznego też nie zawsze się sprawdza. Może wszystko wyśpiewać? Pierwsza rozpoczyna lamentacje Hekabe – w tej roli Teresa Kwiatkowska, która robi co może, żeby wprowadzić jakiś dramat na scenę. Hekabe straciła w wojnie męża oraz prawie wszystkie dzieci. Jedna z jej córek, Kasandra (wokalistka Olga Rusin), wkrótce zostanie nałożnicą achajskiego wodza, a wnuk zginie, zrzucony ze skał. Królowa Troi opowiada swoje cierpienie najpierw leżąc, potem stojąc, chwiejąc się, dotykając ścian, klęcząc i co tam jeszcze. Oskarża się, nazywa trupem (jak brzmią u Eurypidesa te wyznania!), ale jej monolog, po niedługim czasie zaczyna nużyć, w budowaniu napięcia nie pomagają ani chór, ani towarzysząca jej Kasandra.

Lament tej ostatniej, dotkniętej boskim obłędem, znajduje ujście w śpiewie. Kasandra opowiada w ten sposób na przemian o swoim zamążpójściu i o proroctwach. Swoje kwestie wyśpiewuje nienaganną techniką wokalną, ale niestety – połączoną ze słabym aktorstwem. Przerysowane środki wyrazu śmieszą. To nie jest dobre partnerstwo dla Teresy Kwiatkowskiej (Hekabe). Nawet najlepsza aktorka, na barkach której spoczywa dramaturgia i budowanie napięć między poszczególnymi postaciami, nie jest w stanie sama udźwignąć spektaklu.



Niestety, w przypadku obsadzania w spektaklach teatralnych wokalistów (wokalistek), należy liczyć się z tym, że przydzielona im rola będzie kulała aktorsko.

Rzadkie to przypadki (choć się zdarzają), że jest inaczej. Proroctwom Kasandry towarzyszą jakieś dziwne konwulsje ciała i potrzeba ciągłego szarpania szat w okolicach piersi. Dlaczego?

Trzecia z kobiet lamentujących, to Andromacha (Marcela Stańko), wdowa po Hektorze, najdzielniejszym wojowniku trojańskim. Matka, która musi wydać syna na śmierć. Na scenie pojawia się z zawiniątkiem, które okazuje się być małym Astyanaksem. Jest otępiała, przepełnioną miłością do męża, niezdolna bez niego żyć. Oddaje syna Taltybiosowi (Michał Kaleta) jakby nie do końca wiedziała, co robi, podczas gdy u Eurypidesa rozstanie matki z synem jest momentem najsilniej zapadającym w pamięć czytelnikowi.

Zabicie Astyanaksa to jedyny moment w tragedii, gdzie pojawia się akcja. Reżyserka nie wprowadziła żadnego działania, które mogłoby pełnić podobną funkcję. Akcja stoi w miejscu, a wraz z nią, stoją w miejscu emocje widzów. Monolog Hekabe nad zwłokami wnuka (którego musi pochować), choć powinien powalać, pozostawia widza obojętnym. Czy to dlatego, że ciało wnuka wyobraża niewielka, szmaciana lalka, ociekająca wodą? Chyba nie.



Z martwoty wyrywa widzów chór trojańskich branek, które wypełzają ze swoich otworów i waląc pięściami w podłogę krzyczą: „Oddajcie nam naszych ojców, mężów, synów”. To jedyne działanie na scenie, które przerywa monotonię następujących po sobie monologów. I wprowadza – o, ironio! – element życia.

Żaden bodaj dialog nie buduje prawdziwej relacji między postaciami. Bo albo nie wiadomo, o co chodzi, albo wiadomo, ale trudno znaleźć uzasadnienie, pozostają pytania. Takich pytań jest bez liku. Dlaczego tak niewiele emocji jest w dialogu Menelaosa (Andrzej Szubski) z Heleną (Barbara Prokopowicz)? Przecież właśnie ją odzyskał, za chwilę udadzą się do Sparty i będą długo jeszcze ze sobą żyli.

Dlaczego Taltybios pojawiając się po raz pierwszy przy Hekabe, wydaje z siebie nieartykułowane dźwięki, skacze i uderza się pięściami w klatkę piersiową, jakby reżyserka zapatrzyła się w „Planetę małp”? Po co pseudowspółczesną klamrą zamykać początek i koniec spektaklu, skoro cały środek nie został przełożony na język współczesnego świata? Na nic zdało się wykorzystanie fragmentów adaptacji tragedii Eurypidesa, dokonane w latach 60. przez Sartre’a.

Na koniec pytanie zasadnicze – co chciała powiedzieć reżyserka, biorąc Eurypidesa na warsztat? O czym są jej „Trojanki”?

Teatr Polski, „Trojanki” Eurypidesa, reż. Kamila Michalak. Premiera 4 marca.