fot. Barbara Klicka, „Zdrój”

Trochę śmieszno, trochę straszno

Kiedy poetka debiutuje jako prozatorka, krytyka literacka może tylko zatrzeć ręce z pomyślności tej kombinacji. Oto bowiem pisarka o dużej świadomości językowej pracę w słowie i wersie przekuwa w pracę nad fabułą. Lokalny koloryt polskiego uzdrowiska jest tu dodatkowym smaczkiem.

Barbara Klicka to ważna postać nie tylko dla współczesnej polskiej poezji (a za sprawą przekładów choćby na język angielski czy niemiecki również obecna w obiegu zagranicznym), ale także znaczące nazwisko na mapie literackiego Poznania. Klicka jest bowiem nie tylko poetką i prozatorską debiutantką.

Od wielu lat współpracuje z warszawskimi teatrami. W marcu 2016 roku w Teatrze Polskim w Poznaniu premierę miał natomiast spektakl „Trojanki” (reż. K. Michalak), w którym za dramaturgię odpowiadała właśnie autorka „Zdroju”. W tym samym roku z Klicką świętowało również Wydawnictwo Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu. „nice”, ostatni tom wierszy autorki wydany w wielkopolskiej oficynie, zdobył dwie, niezwykle ważne nagrody: miano książki roku w ramach Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej „Silesius” oraz Nagrodę Literacką Gdynia.

 

Poezja Barbary Klickiej to przede wszystkim teksty o czułości: wyczuleniu na to, co codzienne, precyzyjność w chwytaniu elementów i sytuacji, wokół których osnuwa się opowieść.

To też zmysłowość i cielesność frazy, pozornie nieodpowiedniej do mówienia o samotności, krzywdzie i potrzebie bliskości, niemożliwej do zaspokojenia.

Ostatnia książka poetycka Klickiej, „nice”, przyglądała się rzeczywistości wywróconej na drugą stronę, pokazując grube szwy na podszewce, z których składa się jednostkowy świat. Rozpięta między melancholią wynikającą z tęsknego oczekiwania na coś, co ma nadejść, a balansowaniem między pragnieniem dotyku i chęcią ucieczki. Właściwie nie inaczej jest w przypadku prozatorskiego debiutu. „Zdrój” – nowość ostatnich dni stycznia – pozostaje całkiem bliski rozpoznanym w poezji problemom.

ORANGE IS THE NEW BLACK

Zmienia się entourage, bo debiut Barbary Klickiej dołącza do literatury uzdrowiskowej. Sprawa to nielicha, bo pisanie o miejscach przymusowych kuracji, którym towarzyszą nie mniej przymusowe rozrywki (żeby nie wypaść z łask miejscowej socjety, oczywiście), przypadło wielu znanym i cenionym, żeby górnolotnie wymienić tylko dwójkę: Tomasza Manna i Milana Kunderę.

Polski „Zdrój” jest jednak o wiele bliższy komediowej konwencji „Walca pożegnalnego” niż ciężarowi „Czarodziejskiej góry”. Żadna to ujma, bo i zestawienie czysto tematyczne, zdradzające jedynie moje oddanie i fascynację literaturą uzdrowiskowo-zdrojową.

Gdzie jednak egzystencjalny rys z tomu „nice”, skoro nagle mowa o śmiesznostkach i barwności życia kuracjuszy? Jedną z odpowiedzi przynosi język. To właśnie nim – przejrzystym, prostym, nasłuchującym dziwadełek i porzekadełek (stałych) bywalców i bywalczyń – nasiąknęła ta krótka, słodko-gorzka powieść.

 

Okazuje się, że komunizm ma się całkiem nieźle w co poniektórych umysłach i miejscach. Szczególnie uzdrowiskach. Państwowych. Nienadmorskich. W Ciechocinku. Pod tężniami.

W białych kitlach osiadł szczególnie mocno. Dlatego też bohaterka, na warunki miejscowe niemal nastoletnia, bo w wieku chrystusowym („młodsze koleżanki to tu coś bardzo cennego”), od progu zakładu świadczącego zabiegi rehabilitacyjne zlecone przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych (co swoją drogą już zapowiada lekki uśmiech pełen zrozumienia) musi walczyć o szacunek dla własnej cielesności.

Zagrożenia czyhają bowiem z każdej strony. Począwszy od zdradzenia swojego pochodzenia. Bohaterka przekonuje się, że bycie kuracjuszką z Warszawy „to nie najlepiej”. Cały turnus zamienia się więc w pokutę za wielkomiejskie pochodzenie rozłożoną w czasie. W Ciechocinku rządzi Polska mniejszych miast. Na nic zdają się poruszające doświadczenia zdobyte na froncie nastoletnich, długich pobytów w podobnych placówkach.

Dziecięca perspektywa nie ma przełożenia na dorosłe turnusowanie. Kamie, warszawiance, towarzyszy jednak nadal to samo osamotnienie i nuda, podczas gdy wiekowe weteranki uważają, że złapały za nogi nie tylko Pana Boga, ale ZUS i NFZ. Wszystko to przypomina kolejny sezon produkcji Netfliksa, „Orange is The New Black”, serial o amerykańskim więzieniu dla kobiet.

„Nowotwory”, jak ironicznie zostają w powieści ochrzczone nowe kuracjuszki, które w zakładzie jeszcze nie przebywały, snują się smętnie po ośrodku, próbując zrozumieć panujące na miejscu zasady narzucone przez współkuracjuszki i personel medyczny.

 

Równie trudno w uzdrowisku o przepustkę, a męska część rehabilitantów widocznie nie radzi sobie z uszanowaniem intymności kobiet.

Nietrudno też o miejscowe gangi. Weźmy na przykład kilka staruszek pod prysznicem, które z mieszanką pogardy i obrzydzenia obcesowo przerywają kąpiel Kamy, wskazując palcem brzuch, który nigdy nie rodził dzieci.

Na każde uchybienie od reguł znajdzie się rada, wśród kuracjuszek-bigotek kwitnie bowiem kult alternatywny, zabarwiony pogańsko. Oto bowiem Kama złożyć ma ofiarę ze złotej biżuterii na ołtarzu w Licheniu, na jednej z cotygodniowych wycieczek. Ma to rozwiązać problem braku potomstwa – czy kobieta tego chce, czy nie.

W CIENIU CIECHOCIŃSKIEGO GRZYBKA

„Zdrój” Barbary Klickiej

Barbara Klicka, „Zdrój”, Wydawnictwo W.A.B, Warszawa 2019.

Podobnych obrazków jest w powieści sporo, a uśmiech sam maluje się na ustach, kiedy wielu z takich sytuacji doświadczyliśmy na własnej skórze. Bo nie tylko pod Grzybkiem „peruwiańscy Indianie grają na fletniopiszczałach południowoamerykańską wersję „Barki”. Kłębi się przy nich tłumek, ktoś tańczy”. Pod ciechocińskim Grzybkiem, na spacerach, zawierają się również małe wielkie przymierza między kuracjuszkami, bo „nie wiadomo, kiedy przyda się pomoc”.

Reporterskie wstawki z życia sanatorium przeplatają jednak gorzkie wspomnienia z brutalnego świata dzieci, które nie mają w sobie nic z rozrywek sanatoryjnych dojrzałego wieku. Strachliwe dziecięce spojrzenie nie opuszcza Kamy, dla której przechadzki w ciemnościach po ośrodku są jak podróż przez gabinet osobliwości. A to ktoś nie ma ręki, a to ktoś ma, ale dołek w głowie, a za zbyt długie wpatrywanie należy się nienawistny syk z głębi fotela pod ścianą. 

 

Nie wolno również manifestować nudy i braku utożsamienia z placówką. Renegaci szybko spotykają się z utemperowaniem ze strony personelu lub współkuracjuszy.

Brak subordynacji jest jednoznaczny z pasożytowaniem na systemie, z zajmowaniem miejsca tym, którzy miejsce to przyjęliby z pocałowaniem ręki. Odstępstwo od zasad i regulaminów jest wyzwaniem rzuconym w twarz systemowi. Wyzwaniem, z którego nie wychodzi się obronną ręką, jeżeli się tę rękę w ogóle ma.

Sanatorium żyje swoim rytmem. Za wypełnianie obowiązków przewidziane są nagrody. Weekend, który do miejsca poza czasem wprowadza karnawałowe odwrócenie porządku: „Na piętrze ożywienie. Dziś piątek, a turnus, być może ostatni raz, potrzebuje pretekstu. Dziewczyny wyjęły z walizek cienie do powiek. Zostawiły je w nich, żeby, rozumiesz, nie sprawiać wrażenia, i dopiero kolejny piątek turnusu zwolnił je z zawstydzenia”.

Zwolnienie z zawstydzenia jest pełne, gdy kuracjuszki ułożą się ze strażnikami porządku. Wtedy to możliwe jest nawet wymknięcie się z uzdrowiska, o ile odźwierny uzyska stosowną zapłatę.

GROTESKA I CIĘŻAR HISTORII

Kolejnym smaczkiem jest główny twist historii, który znacząco zmienia położenie Kamy w placówkowej hierarchii, poprzetykany iście onirycznymi obrazami. Należałoby w tym miejscu zwrócić uwagę, a nawet docenić, konstrukcję powieści, która tak wielu wątkom i problemom nie pozwala się rozpaść. Klicka konsekwentnie i z dużą świadomością literackiego tworzywa stosuje filmowy wręcz montaż. Sceny gładko się przenikają, a obrazy zazębiają, łącząc płaszczyzny – tematyczne i czasowe.

Debiut prozatorski Barbary Klickiej to przypadek bardzo ciekawy. Wcale nie tak łatwo zbalansować groteskowość specyficznego miejsca z ciężarem historii poszczególnych bohaterów. Unosi się nad nimi aura samotności potęgowana nieumiejętnością funkcjonowania poza uzdrowiskiem.

Pobyt w zakładzie to także spóźniona opowieść o dojrzewaniu warszawianki Kamy, której uderzająco odsłaniają się dwie niewspółmierne perspektywy, wyrzucające bohaterkę poza sferę komfortu. Ta wielkomiejska, otoczona aurą wstydu za uprzywilejowanie, i ta mniejszych miast, która w cieniu tężni i ciechocińskiego Grzybka odbija sobie upokorzenia w turnusowych romansach i pozazajęciowych dansingach.

Barbara Klicka, „Zdrój”, Wydawnictwo W.A.B, Warszawa 2019.

 

CZYTAJ TAKŻE: Paradoksalne i niemożliwe: miasto Petersburg. Rozmowa z Joanną Czeczott

CZYTAJ TAKŻE: W stronę konkretu. Rozmowa z Kamilą Janiak

CZYTAJ TAKŻE: Co słychać w poezji?