fot. Anna Kędziora dla Galerii pf

Wołanie w pustkę. O ptakach, które zniknęły

Czy wierzyliśmy, że ptaków jest tak wiele, że nie jesteśmy w stanie doprowadzić do ich zagłady? Być może. Do dziś mamy skłonność do bagatelizowania faktu, że większość dóbr – od złóż po lasy – jest skończona.

Martha

John James Audubon, człowiek, który skatalogował ptaki Ameryki Północnej, i artysta, którego grafiki dziś zna cały świat, leży złożony gorączką w lesie. Jest chory już trzeci dzień i trzeci dzień obserwuje nad sobą przelot gołębi wędrownych. Kiedy zapada zmrok, wszystkie okoliczne drzewa szeleszczą tysiącami ptaków moszczących się w koronach. Audubon czuje na sobie spojrzenia drobnych paciorków oczu i nie może uwierzyć, w jak wielkim stadzie migrują gołębie.

Stanisław Łubieński przytacza opis Alexandra Wilsona, amerykańskiego ornitologa, twierdzącego, że obserwował milionowe stada gołębi, a łopot skrzydeł migrujących ptaków porównał do hałasu wydawanego przez tysiąc młockarek.

 

Ale gołąb wędrowny wkrótce ginie całkowicie. Strzela się do niego dla sportu, dla mięsa i jak do szkodnika, który wyjada zasiewy.

„Nazywała się Martha – pisze Łubieński w „Dwunastu srokach za ogon” – i w chwili śmierci miała dwadzieścia dziewięć lat. Zmarła w ogrodzie zoologicznym w Cincinnati 1 listopada 1914 roku. Była ostatnim gołębiem wędrownym. Nie doczekała potomstwa. Jeszcze sto lat wcześniej gołąb wędrowny był zapewne najliczniejszym ptakiem na ziemi”.

Łowca

Jest 16 marca 1930 roku, Gerd Heinrich wraz ze współpracowniczkami (nawiasem mówiąc, dwiema żonami) ląduje na wyspie Celebes. Właśnie wyruszyli na wyprawę badawczą. Na zlecenie dra L.C. Sanforda przeszukają lasy półwyspu, by znaleźć tajemniczego ptaka – Aramidopsis plateni, skrycie żyjącego chruściela. Zleceniodawca to amerykański ornitolog:

 

„żarliwy orędownik rozwoju Amerykańskiego Muzeum Historii Naturalnej w Nowym Jorku”.

 

Wypchanego ptaka pragnie umieścić w swojej kolekcji i gotów za niego słono zapłacić. Sprawa jest o tyle skomplikowana, że Aramidopsisa uznaje się za nieuchwytnego.

fot. Maria Krześlak-Kandziora

fot. Maria Krześlak-Kandziora

 

Opisany został na podstawie jednego osobnika pochwyconego trzydzieści lat wcześniej. I podejrzewa się, że być może jest gatunkiem wymarłym.

Dziś zastawiono by fotopułapki i żywołapki, sieci, a ptaka zmierzono, zważono, zaobrączkowano i śledzono jego poczynania na ekranach komputerów. Wtedy – na potrzeby badań, ale dla też zaspokojenia ciekawości – zamawiano martwy, wypreparowany okaz. Czy nie bano się, że zastrzelony osobnik będzie ostatnim przedstawicielem gatunku? Z jednej wyprawy, trwającej pół roku albo więcej, Heinrich przywoził kilka tysięcy wypreparowanych eksponatów, które trafiały do muzeów w Europie czy Ameryce (w Nowym Jorku).

Między nauką a chciwością

„W połowie XIX wieku brytyjski przyrodnik Alfred Russel Wallace przez osiem lat zbierał okazy na wyspach Archipelagu Malajskiego, skąd przywiózł 125 660 egzemplarzy zwierząt, w tym okazy dwustu dwunastu nieznanych przedtem gatunków ptaków”.

 

Prowadził nad nimi badania, które zaowocowały istotnym wkładem w pracę „O powstawaniu gatunków” Charlesa Darwina.

Gerd Heinrich przywoził z wypraw zarówno zamówione eksponaty muzealne, jak i osobniki nieopisanych wcześniej gatunków. Jesteśmy w stanie wybaczyć nauce pracę na martwych okazach. Wątpliwość etyczną, i to potężną, budzą zapędy kolekcjonerskie ówczesnych dyrektorów muzeów czy prywatnych „zbieraczy”.

 

fot. Maria Krześlak-Kandziora

fot. Maria Krześlak-Kandziora

Jeden z ważniejszych symbolicznie okazów zabitych w 1821 roku na zlecenie kolekcjonera możemy współcześnie zobaczyć w Islandzkim Instytucie Historii Naturalnej pod Rejkiawikiem: to wypchana alka olbrzymia, ptak, którego ludzkość wybiła do nogi, niszcząc dla zysku kolejne kolonie, między innymi na Islandii.

Z alką robiono wszystko: jedzono ją, oskubywano z cennych piór, palono (była tłusta, długo się tliła…). Kiedy stała się rarytasem – „rarytem”, jak mawiają ptasiarze – rzadką osobliwością, nie uchroniliśmy jej od zagłady. Z powodu zachcianek tych samych prywatnych kolekcjonerów, płacących za cennego ptaka i jego jaja, ginie ostatnia alka olbrzymia, mieszkająca na wysepce Eldey.

Jest 1844 rok, z powierzchni Ziemi znika gatunek. Przyczyna: chciwość, głupota, działalność człowieka.

Miliard

 

Czy wierzyliśmy, że ptaków jest tak wiele, że nie jesteśmy w stanie doprowadzić do ich zagłady? Być może. Do dziś mamy skłonność do bagatelizowania faktu, że większość dóbr – od złóż po lasy – jest skończona.

Według powieści graficznej Fabiena Grolleau i Jérémie Royera, opartej na zapiskach Audubona, dziewiętnastowieczny przyrodnik zdawał sobie sprawę z tego, że prawdopodobnie maluje znikający świat. Obserwował rzeź bizonów, musiało dać mu to wyobrażenie, do czego zdolny jest człowiek wyposażony w broń palną. Sam strzelał, by uwiecznić wszystkie gatunki Ameryki, ale być może jego pasję, która w końcu zamieniła się w obsesję, jesteśmy w stanie zrozumieć?

fot. Maria Krześlak-Kandziora

fot. Maria Krześlak-Kandziora

 

Jest pewna liczba, która odsuwa nieco w cień poczynania Wallace’a czy Audubona, zabijających ptaki, by później je zbadać i narysować. Ta liczba to miliard.

Szacuje się, że współcześnie podczas jesiennych przelotów do Afryki i krajów śródziemnomorskich z rąk (strzelb) myśliwych ginie co roku około miliarda migrujących ptaków. Straszliwe hobby ma ogromną skalę i jest po prostu niewybaczalne.

Endling – ostatni z gatunku

Długa nawa Galerii Fotografii pf prowadzi nas wśród półmroku do ołtarza. To „Endling”, wystawa Diany Lelonek. Artystce oraz Dominice Karalus i Wojciechowi Luchowskiemu z Galerii pf udało się aranżacją uzyskać siłę, z jaką przyciągają stare katedry.

 

Obrazy ujęte są w grube, nieregularne, drewniane, ręcznie robione ramy. Podświetlone żółtym, miękkim światłem, umieszczone na końcu ciemnego korytarza galerii – magnetyzują.

Wystawa składa się z instalacji „Ptaki” (Poliptyk) – fotografii zabitych przez człowieka i wypreparowanych osobników, znajdujących się w kolekcji Muzeum Historii Naturalnej w Bazylei i będących przedstawicielami wytrzebionych gatunków.

fot. Maria Krześlak-Kandziora

fot. Maria Krześlak-Kandziora

 

Gołąb wędrowny, reliktowiec mały, bagiennik żółtoczelny mają watę zamiast oczu, spętane nogi, ich ciała zakonserwowano. Pozostałe fotografie przedstawiają ciągle jeszcze spotykane alkę, kormorana i mewę srebrzystą, uśmiercone przez siły przyrody, znalezione na plaży w Sopocie.

Drugi element wystawy to głosy wymarłych gatunków. Nagrywane przez naukowców od lat 70. do 90. XX wieku i zarchiwizowane w Cornell Lab of Ornithology oraz xeno-canto. „Endling” to określenie na ostatniego przedstawiciela gatunku.

Jest coś niebywale smutnego w historii reliktowca małego – w języku hawajskim: kaua’i ’o’o. Wabiący głos samczyka słyszano ostatni raz w 1987 roku. Co czuł ptak, gdy wytrwale wołał samiczkę? Czy wiedział, że jest już zupełnie sam, że nikt mu nie odpowie?

Wołanie w pustkę

Na kontemplację wystawy warto poświęcić najmniej czternaście minut – tyle trwa nagranie głosów wymarłych gatunków. Przesiaduję przed instalacją dużo dłużej, przywołuję w głowie historie ptaków, które zmietliśmy z powierzchni naszej planety. Każdy gatunek ma swoje miejsce w ekosystemie. Jeśli ginie, dochodzi do małej destabilizacji. Nigdy nie wiemy, jak duży wpływ na środowisko będzie miało wyjęcie takiego jednego „puzzla”.

Jak zauważa Stanisław Łubieński w tekście przewodnim do wystawy, gatunki wymierały zawsze:

 

„ale niszczycielska działalność człowieka przyspieszyła ten proces”.

 

Dlatego tak przejmująco brzmi piętnaście głosów nawołujących w półmroku instalacji. Bo pozwala zastanowić się, jak działaliśmy, jak działamy, co robimy, by ochronić bioróżnorodność, by otoczyć troską nie tylko nasz ludzki gatunek, ale też te, które czasem wymierają spektakularnie – jak alka olbrzymia – a czasem skrycie, bo jak mówią naukowcy, zdarza się, że wymiera ptak, ssak, owad, którego nawet nie zdążyliśmy poznać.

Poza silnym działaniem na zmysły wystawa pozwala prześledzić w pewnym sensie historię nauki, kolekcjonerstwa, ogrodów zoologicznych.

fot. Maria Krześlak-Kandziora

fot. Maria Krześlak-Kandziora

 

Sfotografowane przez Lelonek spętane nóżki – opatrzone karteczką z danymi dotyczącymi gatunku – jednego z okazów przywołują na myśl szafy, szuflady pełne zmumifikowanych eksponatów, które dziś mają wartość właściwie kronikarską.

Ogrody zoologiczne stały się azylami, większość (jeśli nie wszystkie) nie pozyskuje nowych zwierząt do „kolekcji”. Wiele gatunków objęliśmy ochroną, walczymy o ich siedliska, choć często z marnym skutkiem.

Chrapiący ptak, wodnik chrapliwy czyli Aramidopsis plateni, podobno cały czas żyje na Celebes, choć pozostaje nieuchwytny, a jego przyszłość stoi pod znakiem zapytania ze względu na wycinkę lasów, w których bytuje, polowania i zagrożenia ze strony introdukowanych drapieżników.

 

Biblioteczka:
Bernd Heinrich, „Chrapiący ptak. Rodzinna podróż przez stulecie biologii”, tłum. Michał Szczubiałka, Czarne;
Elizabeth Kolbert, „Szóste wymieranie”, tłum. Piotr Grzegorzewski i Tatiana Grzegorzewska, W.A.B.
Stanisław Łubieński, „Dwanaście srok za ogon”, Czarne
Fabien Grolleau i Jérémie Royer, „Audubon. On the wings oft he world“, Nobrow

 

Wystawa pt. „Endling” czynna będzie do 16 kwietnia 2022, Galeria Fotografii pf, Centrum Kultury ZAMEK w Poznaniu

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
1
Świetne
Świetne
0
Smutne
Smutne
3
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0