fot. Dobromiła Tenerowicz-Grądzka

Ekologicznie przede wszystkim

Nosi mnie – przyznaję, mam trudności z tym, by usiedzieć na miejscu. Teraz przyszła kolej na Łódź, gdzie odbywały się targi Natura Food & beECO. Pod tą obcojęzyczną nazwą kryje się największa w Polsce impreza poświęcona ekologicznej żywności.

Oczywiście nie pojechałem tam sam z siebie, ot tak dla fanaberii. Miałem godnie reprezentować nasz region – Wielkopolskę. Oprócz mnie był tam także Folwark, Tradycyjne Smaki, Mleczarnia Strzałkowo, przetwory z Kościana i miody Sosenka.

Można by pomyśleć, że autor się wygłupia, że zafiksował się na punkcie jakiejś wydumanej idei. Ekologia? Wszak w marketach żywności pełno, półki się uginają od nadmiaru towarów! A tak się akurat złożyło, że ostatnio przeczytałem kilka informacji na temat tego, co się dzieje w Paragwaju. Ot, taki mały kraik w Ameryce Południowej, ale za to z bardzo żyzną glebą.

Przed laty ludzie żyli sobie tam spokojnie i godnie. Uprawiali pola, hodowali drób, starczało im na wszystko. W pewnym momencie jednak wszystko zaczęło się zmieniać. Do władzy dorwał się generalissimus. Pod płaszczykiem dobrobytu dla wszystkich zaczął wprowadzać nowe porządki. Po II wojnie światowej napłynęli tam liczni klienci, którzy dopiero co zdjęli mundury ze znakami toczącego się słońca. Zmieniła się radykalnie struktura własnościowa ziemi. 85 procent areału przejęło 3 procent populacji. Z upraw zniknęła kukurydza, pszenica, ziemniaki. Ich miejsce zajęła soja, której nikt tam nie jada. Na dodatek połączone pola zaczęto opryskiwać z samolotów chemią – sadzona soja była tak zmodyfikowana genetycznie, że nie reagowała na glifosat produkowany przez Monsanto, gdzie spore udziały ma Bayer (ten sam, który w latach wojny produkował znany gaz, którego używano w komorach, by znacznie ograniczyć populację uważaną za niegodną życia). Teraz, w tymże Paragwaju, 3 procent ludności żyje jak pączki w maśle, eksportując prawie wszystko, co urośnie, a reszta przymiera głodem. Wygląda na to, że ludzkość sama zmierza ku zagładzie. Rak, który kiedyś był tu rzadkością, teraz wylądował na 3. miejscu powodów przyspieszonych zgonów. Narodziny dzieci z deformacjami zdarzają się bardzo często.

Czytając te informacje, zrozumiałem, dlaczego jestem w Łodzi. Pokazywana tam żywność jest przyjazna człowiekowi, powstaje bez udziału chemii, w oparciu o naturę. Produkujemy na naszej planecie wystarczającą ilość pożywienia, mamy tylko problemy z jej dystrybucją i niepohamowaną żądzą bogactwa występującą u stosunkowo niewielkiej części mieszkańców Matki Ziemi. Jeżeli nie zatrzymamy tego procesu, to jak przypuszczam, już moje wnuki zaczną przedwcześnie opuszczać ten świat. Jak mawiał mój świętej pamięci Ojciec: „Synu, dwóch obiadów na raz nie zjesz, w dwóch łóżkach na raz spać nie będziesz, a na tamten świat oprócz duszy nic ze sobą nie zabierzesz”.

Dlatego tak mnie radowały pokazywane w Łodzi różnorakie kiełki zawierające całe zestawy witamin i minerałów, miody, piękne pomidorki przypominające porzeczki, dziwne ogórki, do tego wyrosłe w naszym klimacie minikiwi, pękające na języku, pełne soku, przypominające nasz agrest. Wszystko to wyrosło dzięki ludzkiej pracy, w czystym środowisku i bez sztucznych nawozów. Jak się okazuje można to osiągnąć, trzeba tylko chcieć.

CZYTAJ TAKŻE: Zielona Góra gości Wielkopolskę
CZYTAJ TAKŻE: Smak Regionu zostaje na języku
CZYTAJ TAKŻE: Barszcz i pierogi