fot. Mariusz Forecki

Jem zielone

Ta gawęda może Cię zadziwić. Otóż w dotychczas przeze mnie prowadzonych przyzwyczaiłem do tego, żem klasyczny mięsożer. Czy Matka Natura dała nam jednak takie uzębienie i skład soków żołądkowych, byśmy nie jedli mięsa?

Historia naszych przodków jest przecież mocno osadzona w myślistwie. W dinozaury kamieniami nie rzucaliśmy, bo gdy pojawił się pierwszy homo sapiens, już ich nie było, a nasze dzieje są silnie związane z ssakami. Nasi przodkowie potrafili zdobywać prawdziwe góry mięsa.

NA PRZEDNÓWKU

Ale nie sięgajmy aż tak głęboko w nasze jadłospisy. Zajrzyjmy w menu Wielkopolan sprzed kilku wieków. Ten czas, który teraz nieubłaganie biegnie, zwany był przednówkiem. Nie był to okres pełen obfitości. Jeżeli zbiory ubiegłoroczne nie dopisały, co śmiało możemy porównać z minioną jesienią, do chłopskich chat pukała bieda. Do rzadkości nie należały wcale wypadki, kiedy podpłomyki pieczono z resztek wymiecionego z komory pośladu, dodając korę czy żołędzie. Poślad to najgorszy, właściwie odpadowy rodzaj zbożowego ziarna, zwyczajowo przeznaczany na paszę.

 

Należy też wspomnieć, że nasza słowiańska kultura zawsze była bliska ziemi. Nasi przodkowie to hreczkosieje, czyli pracowici ludzie, którzy żyli z tego, co uprawiali.

Zanim jednak doszli do tego etapu, żyli z tego, co zebrali w lasach i na łąkach. I w końcu, a jednak na początku mojej gawędy, dochodzę do sedna problemu. Głodne żołądki średniowiecznych Wielkopolan, gdy nadchodziła wiosna, a z pola nie było jeszcze co zebrać, żywiła łąka i las.

MAGICZNE SZTUCZKI

fot. Mariusz Forecki

Utrapieniem także dzisiejszych rolników jest chwast zwany popularnie lebiodą. Żaden to chwast, ale komosa biała, bardzo pożywna roślinka, którą teraz zwalcza się glifosatem, czyli chemią produkowaną przez koncern Bayer i znaną pod handlową nazwą Roundup. Wczesną wiosną komosa bardzo szybko wyrasta z gleby, nie bacząc na brak deszczu czy też jego nadmiar. Jej schowane głęboko w ziemi nasiona potrafią przez kilka lat czekać na sprzyjające dla siebie warunki. Dlatego też współczesny przemysłowy rolnik tak ich nie cierpi i walczy z nimi różnymi kombinacjami oprysków.

 

Nasz przodek zaś, widząc wschodzące listki komosy, cieszył się, wiedział bowiem, że będzie miał co włożyć do garnka. Nie było jeszcze szpinaku, a lebioda godnie go zastępowała.

Posiekane listki razem z zielonymi łodyżkami wrzucone do garnka, polane lekko tłoczonym na zimno olejem rydzowym – i piękne wiosenne danie gotowe. Ten olej, poza kolorem, niewiele ma wspólnego ze znanym wszystkim grzybem. Już w dawnych wiekach tłoczono go z rydzowej lnianki, roślinki z rodziny kapustowatych, która do dziś rośnie u nas również w stanie dzikim.

 

Lebioda to jedno, ale moja przyjaciółka – Ewa Michalska – kiedyś dowodząca kultową restauracją Toga, potrafi z bogactwa łąk i ogrodu wyczarować niezwykłe cuda. Ot, przykład: idzie na pole, zrywa kwitnące teraz kwiaty rzepaku, obrywa je, łączy z listkami młodego podagrycznika, dokłada kwiatki bratka, dorzuca jeszcze listki szczawiu i ma piękną, wiosenną sałatę. Robi też inne magiczne sztuki. Zbiera listki (np. babki lancetowatej), do tego młode liście lipy i – dla podbicia smaku – dzikiego szczawiu. Wszystko to obtacza w luźnym naleśnikowym cieście i wrzuca na mocno rozgrzaną patelnię. Przewraca, smażąc z obu stron na piękny, złocisty kolor i podaje. Ja, zdeklarowany mięsożerca, zażeram się bez opanowania.

RWIJ, ŻUJ, KONSUMUJ

Za chwilę przyjdzie czas na kwitnięcie hyćki. Wtedy dopiero nastąpi istne szaleństwo. Placuszki z kwiatkami w środku będą stanowiły podstawę wiosennego obiadu. Niestety na jedną tylko rzecz się spóźniłem – zapomniałem o wczesnym zerwaniu listków młodego mniszka lekarskiego. Dzisiaj, gdy już zakwitł, stał się gorzki w smaku i nie nadaje się do jedzenia. Za to kwiatostany, piękne i żółte, służą do produkcji tak zwanego miodku. Na wolnym ogniu powstaje cukrowy syrop, powoli odparowując i zyskując głęboką barwę. Ten wiosenny czas to również okres intensywnego kwitnienia lilaków. Te drobne kwiatki również są bardzo smaczne, a zaparzone mają piękny kolor.

fot. Mariusz Forecki

To, o czym się tu rozpisuję, pełnić ma dwie funkcje. Po pierwsze – urozmaicać smutne menu. Człowiek je również oczyma i buzia sama się radośnie śmieje, gdy po zimnym przedwiośniu zalewa go ta feeria roślinnych barw. Ale nie tylko estetyka odgrywa tu istotną rolę. Po drugie – działać dietetycznie. Niezwykle ważną częścią naszego jadłospisu powinien być błonnik. Bardzo często o nim zapominamy.

 

Błonnik zawarty w wymienionych przeze mnie roślinach pełni funkcję oczyszczającą dla organizmu. Nasi przodkowie doskonale wiedzieli, co robią, komponując na przednówku swoje dania z uwzględnieniem „zieloności”.

Pozwolę sobie na koniec przywołać historię niepozornego chwastu, częstokroć bezlitośnie wyrzucanego z domowych ogródków. Mam na myśli podagrycznik. Nazwę tę nadano mu nie bez kozery. Choroba angielskich arystokratów, czyli dna moczanowa, to inaczej podagra. Nasi przodkowie też niestety na nią zapadali. Wtedy to właśnie sięgano po zapomniany dzisiaj podagrycznik w postaci naparu, który pijany przez cierpiących na tę chorobę mężczyzn rozprawiał się z bólem.

Szanowny czytelniku, ruszaj więc na łąki i pola lub do swojego ogródka, oczywiście jeżeli nie zamieniono go jeszcze w monotematyczny angielski trawnik. Rwij, żuj, konsumuj. A ja Ci zdrowia życzę!

 

CZYTAJ TAKŻE: Mistrz świątecznej szynki

CZYTAJ TAKŻE: Ab ovo, czyli zaczynajmy od jajka

CZYTAJ TAKŻE: Rozmowy, których nie było. Hanna Szymanderska