fot. Maria Krześlak-Kandziora

Jest jakaś młodość

Podróżując w lipcu od jeziora do jeziora, mimochodem, ale przecież zawsze czujnie, obserwowałam ptasie życie.

Teraz mamy sierpień, siedzę pod jabłonkami w Siole Budy, jaskółki mają tu gniazda w szczytach domów, wokół nas Puszcza Białowieska. Obserwuję czarno-białe ćwierkające strzałki śmigające mi nad głową i myślę o poznańskich jerzykach – za chwilę ruszą do Afryki.

Lipiec i sierpień były dla mnie czasem obserwowania spiesznego odkarmiania młodych, intensywnego ruchu ptasich rodziców. Łąki w Uzarzewie pełne wrzasku podrośniętych, rudych dzierzb, niewybarwione jeszcze pliszki biegające po trawniku. Za zabudowaniami Białowieży, pod Rezerwatem Ścisłym, spotkałam kląskawki – dorosła pogwizdywała na czubku suchej trawy, młoda, szaro-bura zaszyła się poniżej, niewidoczna na pierwszy rzut oka. W trawie, w plamie słońca spał lis.

REZERWAT DĘBINIEC

Z Darią, jeszcze w lipcu, przyjechałyśmy odkryć jezioro Dębiniec, tuż za Poznaniem. Uporządkowany brzeg, plaża jak z folderu, skarpa podtrzymana drewnianym, amfiteatralnym umocnieniem, za którym znajduję skarlałą jabłoń i zdziczałe czereśnie. Infrastruktura, a tuż za nią ścieżka prowadząca przez rezerwat.

 

W rezerwacie mało wody, ale dużo mchów, wilgoć widocznie jeszcze się tu trzyma. Olsowo-grądowy krajobraz, spróchniałe pnie rozbite przez silnego dzięcioła, pewnie czarnego. Wkładam palce w rozkute, miękkie drzewo.

Las nieuporządkowany, choć trochę rządzący się własnymi prawami, bez ingerencji człowieka uwodzi bałaganem, zapachem próchna. Trudno szybko się z niego wydobyć. Grzęznę z aparatem, próbując znaleźć kadr dla mchu – jest go tu kilka gatunków, moje oczy biegają w panice od jednego do drugiego, próbując wszystko skatalogować, nazwać, znowu się czegoś nauczyć. Nazywanie ma w sobie coś z przywłaszczania – nazwana roślina zostaje w głowie, tworzy w niej szeleszczący zielnik.

 

Fot. Maria Krześlak-Kandziora

„Nie widziałam nigdy pojedynczej łodygi mchu (…). Mszaki zawsze są blisko siebie. I tu tkwi opowieść o ich sposobie na suchą przestrzeń, na własne niedoskonałe, delikatne ciało nieprężące się sztywnymi badylami, a wysycające się tylko czasem wilgocią z powietrza.

(…) Nawodniony liść rozplątuje się, rozkładając liście na boki, dotyka innej, stojącej obok zastygłej suchej łodygi, i woda niesie się między innymi. A ja widzę płynące światło”. – pisze Urszula Zajączkowska w „Patykach, badylach”, najpiękniejszej opowieści botanicznej, jaką do tej pory czytałam.

 

To przez nią na mchy nie patrzę tak jak kiedyś, tylko bardziej. Już nie tylko jak na odrębny kosmos, świat w świecie lasu, z szyszkami, igliwiem i sekretnym życiem mrówek.

Mech to zadziwiający zbiorowy organizm, ludzie mogą się od niego uczyć prostych zasad dzielenia się tym, co najważniejsze. Tymczasem, zaopatrzona w lupę, jadę do wielkiego lasu, czekam na deszcz, chcę zobaczyć jak mech ożywa.

JEST JAKAŚ MŁODOŚĆ

Podczas gdy Daria uprawia „limnologię stosowaną”, czyli wkracza w toń Dębińca, by doświadczyć jeziora, jego wody, ciepłoty, zapachu, ja zostaję na brzegu z lornetką. W kadr co kilka minut wlatuje trzcinniczek. Tak zakładam, bo za każdym razem wpadam w ptasiarską panikę – czy to trzciniak czy trzcinniczek, bo przecież nie brzęczka? Strach amatora przed blamażem. Zakładam trzcinniczka, co mi tam.

Fot. Maria Krześlak-Kandziora

Michał Książek, zawołany ornitolog, w wierszu „Pszczołojady” pisał:

 

„(…) Jest maj. Niedługo przylecą pszczołojady.

Pójdę do lasu, bo może straciłem wprawę

w ich rozpoznawaniu.

 

Jeżeli znów pomylę pszczołojada

z myszołowem,

może to oznaczać jakąś młodość.

(…)”

 

Fot. Maria Krześlak-Kandziora

Próby oznaczania, nazywania (znów!) ptaków, ślęczenie godzinami nad Collinsem, wspólne debaty, czy na pewno widzieliśmy uszatkę błotną czy to jednak był drzemlik – to wszystko radość jakiejś młodości i braku doświadczenia. Trzy krzyżyki na karku, a czujemy się jak młokosy. Przez chwilę możemy popełniać błędy nieobarczone konsekwencjami. Tym bardziej teraz, na półmetku lata, gdy ptasia młodzież nie do końca przypomina dorosłych. Mamy jeszcze większe pole do pomyłek.

 

KRÓL TRZCINOWISKA

Fot. Maria Krześlak-Kandziora

W Chybach pływam z młodymi, ciekawskimi łyskami. Kaczki krzyżówki zachowują dystans, ale i spokój. Plaża jest pustawa, czysta, piach przywiozła tu pewnie ciężarówka. Na nowoczesnym pomoście przysiedli mieszkańcy i zagajają, czy woda nie za zimna.

 

Z trzcin wylatuje bąk – czaplowaty król trzcinowiska. „Ciągnie nogi” za sobą, jest przyciężkawy, szybko zapada w wodne zarośla, nie lubi być oglądany.

Do dziś się zastanawiam, czy to nie był omam, bo bąka widziałam pierwszy raz w życiu. Jest jakaś młodość w każdym pierwszym razie.

Fot. Maria Krześlak-Kandziora

Ptak dla ptasiarzy jak chleb powszedni, dla mnie zawsze był fascynującą zagadką. A tu Chyby, Jezioro Kierskie, mało obiecująca plaża i proszę: Botaurus stellaris, ptak, który w razie zagrożenia wyciąga się jak trzcina, udaje roślinę, obraca się powolutku w ślad za intruzem, ukazując mu zawsze przednią stronę ciała. Gdy zagrożenie nie mija, bąk składa się i wykorzystuje czaplowatą konstrukcję szyi, która pozwala mu gwałtownie wyrzucić lekko otwarty dziób do przodu i ukąsić wroga. Ale bąka trudno spotkać, nie bójcie się. Łatwiej usłyszeć. A na koniec jeszcze smaczek. Collins, zawsze bezbłędny, podpowiada, że bąk w locie przypomina skrzyżowanie czapli z puchaczem.

BIBLIOTECZKA

Wiedzę o bąku zaczerpnęłam oczywiście od mistrza Jana Sokołowskiego z jego wspaniałych „Ptaków  ziem polskich” wydanych przez PWN m.in w 1972 r.

Książkę Urszuli Zajączkowskiej „Patyki, badyle” wydały w tym roku Marginesy.

Wiersz Michała Książka „Pszczołojady” pochodzi z tomiku „Nauka o ptakach” wydanego przez Fundację Sąsiedzi.

Collins – to oczywiście przewodnik dla ptasiarzy i ornitologów.

 

CZYTAJ TAKŻE: Płetwą w jeziorze, palcem po mapie

CZYTAJ TAKŻE: Spotkać się

CZYTAJ TAKŻE: Śladami profesora