fot. Jakub Wittchen dla Art Stations Foundation by Grażyna Kulczyk

Łzy z cekinów

Wchodzą jak na arenę, w rytm bębnów. Samba. Obcasy, welurowe spodnie z wysokim stanem (falbany przy nogawkach), błyszczące bluzki. Włosy gładko zaczesane w koński ogon. Uwodzicielskie, drobne kroki, wirujące biodra, kokieteryjne, zachęcające uśmiechy. Zaczyna się „Masakra”.

Rzecz jest o tańcach latynoamerykańskich, które na polskim gruncie przyswoiliśmy najlepiej za pomocą „Tańca z gwiazdami” (samba, rumba, cza-cza). Nie chodzi tu jedynie o sam ruch, ale o cały teatr dookoła: frędzle, cekiny i brokat; te gładkie ciała wysmarowane bronzerem; słodkie uśmiechy i trzepot sztucznych rzęs, a przede wszystkim – mgiełkę egzotycznego erotyzmu, orientalnej zmysłowości, która unosi się nad tańczącymi.

PODSKÓRNIE

Paweł Sakowicz, choreograf i tancerz – obecnie związany ze współczesną, nową choreografią, a niegdyś sam odnoszący spore sukcesy w turniejach tańca towarzyskiego – postanowił stworzyć spektakl, w którym zada podstawowe pytania dotyczące genezy, historii i współczesnej popularności tego, co znamy jako „tańce latynoamerykańskie”. Krótko mówiąc: podejdzie do tematu postkolonialnie.

Bo nie trzeba robić wielkiej naukowej kwerendy, by dowiedzieć się, że większość tańców powstała w środowiskach niewolników z Haiti, Brazylii i Kuby. Ale dosyć szybko to, co było indywidualną ekspresją, strategią oporu i wyrazem kulturowej niezależności, zostało podchwycone i zawłaszczone przez europejskie salony.

Sakowicz projektuje sytuację, w której widzka patrzy na cztery performerki (Karolina Kraczkowska, Agnieszka Kryst, Ramona Nagabczyńska, Iza Szostak) wykonujące poszczególne układy w stylu latino. Widownia otacza parkiet z trzech stron. Tancerki łapią kontakt z widzami, patrzą wyzywająco w oczy, uśmiechają się radośnie. Z czasem te szerokie uśmiechy zaczynają być niepokojące, nawet złowieszcze.

Początkowo każda tańczy osobno, porusza się po indywidualnie wytyczonej trajektorii, potem tańczą w parach (wymieniają się partnerkami), wreszcie – razem, w zwartym szyku i w pełnym synchronie. Wykonują te same gesty, tylko powoli, jakby w slow-motion. Muzyka też się zmienia – nie słychać już energicznych bębnów samby czy tęsknej rumby. Podskórnie dudni bas, który zmienia się w ciężkie elektro.

AŻ DO GRANIC

Tak, mniej więcej, wygląda pierwsza część tej pracy zatytułowana „Puro Teatro” (czysty teatr). Potem zaczyna się – dużo krótsza niż poprzednia – część „Puro Baile” (czysty taniec).

„Masakra”, koncepcja, choreografia: Paweł Sakowicz. Fot. Jakub Wittchen dla Art Stations Foundation by Grażyna Kulczyk

Swoją drogą nazwy tych części, choć intuicyjnie zrozumiałe (w dużym skrócie: teatr = efekciarstwo, taniec = krytyczne pytania), prowokują do przemyśleń, jak te pojęcia są definiowane i waloryzowane oraz co tak naprawdę jest w tej pracy (formalnie) bliżej tańca, a co bliżej teatru.

I tu odpowiedź wcale nie jest taka oczywista. Druga część zostaje oparta przede wszystkim na tekście, który nadaje całości „Masakry” postkolonialnego sensu i zadaje pytania o to, kim są tańczące, kim jest patrzący, czym właściwie są te zawłaszczone kulturowo ruchy.

Powtarzające się pytanie: „Are we latin division or the bleach squad?” – w różny sposób tłumaczone za pomocą wyświetlanych napisów (Jesteśmy sekcją latino czy drużyną wybielaczy?”, „Jesteśmy latynoamerykańską dywizją czy grupą wybielającą?” itd.) – jest próbą problematyzacji pozycji samych twórców (białych Europejczyków) wobec tematu „Masakry”.

Również zróżnicowane tłumaczenie, aż do granic absurdu, wzmacnia przekaz dotyczący kulturowych zawłaszczeń, które zawsze zmieniają sensy oryginału.

CO ZAWŁASZCZA TANIEC WSPÓŁCZESNY?

I tu by można właściwie skończyć, pisząc o tym, jaki to ważny spektakl, mocno oparty na ruchu, a jednocześnie intelektualny. Swobodnie miksujący popularny temat z trudnymi problemami kulturowych zawłaszczeń. Zgrabnie unikający wszelkich ryzykownych gestów, które mogłyby zostać uznane za rasistowskie (nawet nieco na siłę rozdmuchana przedpremierowa afera dotycząca tego, że tancerki używają bronzera, rozeszła się szybko po kościach). Wreszcie – że to spektakl, który piętrzy pytania, a nie udziela odpowiedzi (czyli unika dydaktyzmu).

 

Rzecz w tym, że Paweł Sakowicz jest aż nazbyt świadomym artystą i komplementy go nie zadowolą (choć są w pełni zasłużone, bo „Masakra” faktycznie jest wyjątkowa i intelektualnie pobudzająca).

„Masakra”, koncepcja, choreografia: Paweł Sakowicz. Fot. Jakub Wittchen dla Art Stations Foundation by Grażyna Kulczyk

Moje wątpliwości budzi przede wszystkim kompozycja całego spektaklu, czyli: niewspółmiernie długa pierwsza część, mająca charakter zabawowo-prezentacyjny. Tak jakby twórcy także dali się uwieść estetyce tańców latino i nie mogli się powstrzymać przed kolejnymi, radosnymi popisami.

Druga część, choć narzucająca całości właściwy temat i ciężar, jest wyraziście osobna – to chyba zresztą specyfika dramaturgii Anki Herbut. Podobnie było w „Balecie koparycznym” Izy Szostak, tam także tekst Herbut stanowił wyjątkowo oddzielny, jakby nieorganiczny element performance’u, wprowadzający interpretacje i znaczenia, które niekoniecznie wynikały z samego ruchu.

W „Masakrze” tak samo – właściwie gdyby nie finałowy monolog wygłaszany szeptem z offu, ten spektakl mógłby być o czymś innym (dla mnie przede wszystkim wybrzmiewa w nim temat feministyczny, to znaczy heteronormatywne i patriarchalne wzorce w tańcach towarzyskich w ogóle, które zostają sproblematyzowane i przełamane).

A ponieważ ostatnia część zatrzymuje się właściwie na poziomie pytań, choć bardzo trafnych i prowokujących, odnosi się wrażenie asekuracji i powierzchowności. Nie chodzi tutaj od razu o to, by dydaktycznie udzielać ze sceny odpowiedzi, co w tańcu można, a co powinno być zabronione. Raczej o testowanie różnych wariantów lub bardziej pogłębione przedstawienie problemu, który przecież nie sprowadza się jedynie do pytania: „Kto może tańczyć rumbę?”.

„Masakra”, koncepcja, choreografia: Paweł Sakowicz. Fot. Jakub Wittchen dla Art Stations Foundation by Grażyna Kulczyk

Wreszcie – może po prostu zabrakło bardziej wyrazistej pracy na źródłach, przybliżeniu historii poszczególnych tańców (bo przecież to są osobne gatunki, powstające w różnych momentach i różnych kontekstach, tutaj wrzucone do jednego worka latino).

Na pewno twórcy taki research wykonali, ciekawie byłoby, gdyby się nim podzielili z widzami. Nawet jeśli w wywiadach Sakowicz mówi, że ta praca opowiada przede wszystkim o europejskim wyobrażeniu „bycia latino”, to może warto wzbogacić to o kontekst historyczny, pokazać zależności między europejskim imperializmem a współczesną popularnością tańców towarzyskich, zastanowić się, dlaczego te tańce stały się takie modne?

 

Samoistnie nasuwa się także pytanie o to, jak i co zawłaszcza współczesny taniec z modą na rave, techno czy twerking.

„Masakra”, koncepcja, choreografia: Paweł Sakowicz. Fot. Jakub Wittchen dla Art Stations Foundation by Grażyna Kulczyk

Te wątpliwości i pytania są w gruncie rzeczy marginalne wobec całości dzieła i stanowią jedynie dowód na to, że „Masakra” jest spektaklem nieoczywistym, pobudzającym do dyskusji i kłótni. Co samo w sobie stanowi najlepszą reklamę.

Paweł Sakowicz, „Masakra”; kreacja, taniec: Karolina Kraczkowska, Agnieszka Kryst, Ramona Nagabczyńska, Iza Szostak; dramaturgia: Anka Herbut; muzyka: Lubomir Grzelak; scenografia: Anna Met; reżyseria światła: Jacqueline Sobiszewski.

Wyprodukowane w ramach programu choreograficznego Nowego Teatru i Art Stations Foundation POSZERZANIE POLA. Pokaz na Malta Festival 2019 w ramach programu Stary Browar Nowy Taniec na Malcie (kuratorka: Joanna Leśnierowska).

 

CZYTAJ TAKŻE: Zbliża się koniec Ziemi

CZYTAJ TAKŻE: Taneczna improwizacja. To nie takie proste

CZYTAJ TAKŻE: Ambicja. O „Jumpcore” Pawła Sakowicza