fot. Unsplash

Taneczna improwizacja. To nie takie proste

Wydawać się może, że to takie proste: ot, wystarczy zacząć tańczyć. O co zatem tyle szumu, gdy robią to tancerze na specjalnych pokazach, skoro każdy to potrafi?

Tutaj dwa kroki do przodu, tu ruch biodrami, uniesienie ramion – i już, proszę bardzo, taneczna improwizacja. To przecież naturalne. No właśnie niekoniecznie. Bo rzecz wcale nie polega na dowolności i nieskładnych ruchach. Nie każdy, kto siądzie do fortepianu i uderzy w jakiekolwiek klawisze, stworzy muzyczną improwizację. Podobnie w tańcu: improwizacja polega na tworzeniu kompozycji ruchowej w czasie rzeczywistym. A to wcale nie jest takie proste, jak mogłoby się wydawać.

 

Choć improwizacja w tańcu obecna była niemal od zawsze, jej kariera największego rozpędu nabrała w XIX i XX wieku.

Wtedy zaczęto dostrzegać coraz większą wartość w improwizacji nie tylko rozumianej jako metoda pracy (np. bardzo pomocne narzędzie w tworzeniu choreografii), ale jako praktyka sama w sobie. Improwizacja, oferująca zmienność, nieprzewidywalność, zakładająca duże ryzyko pomyłki i porażki, stała się przestrzenią artystycznej wolności i przestrzenią do tworzenia nowych gatunków, struktur i formacji.

Szczególnie interesujące są w tym kontekście lata 70. w USA i działalność zespołu Grand Union, którego twórczość koncentrowała się na improwizacji grupowej, w której tancerze i choreografowie tacy jak Yvonne Rainer, Trisha Brown czy Douglas Dunn łamali różne teatralne i taneczne konwencje: na przykład zapętlali się w pozornie nudnych, codziennych ruchach i nieefektownych czynnościach, odnajdując w nich specyficzną jakość ruchową (i pokazując tym samym, że taniec naprawdę jest wszędzie).

 

Jeden ze współtwórców Grand Union, Steve Paxton, stworzył  – czy może raczej, nazwał i zdefiniował – kontakt improwizację (contact improvisation, tłumaczone także jako  „improwizacja kontaktowa”).

Jak piszą Katarzyna Słoboda i Sonia Nieśpiałowska-Owczarek we wstępie do książki „Przyjdźcie, pokażemy Wam, co robimy. O improwizacji tańca”: 

 

„W technice [kontakt improwizacji] podstawę stanowi fizyczny kontakt dwóch poruszających się osób i relacja powstająca między nimi, która oparta jest wyłącznie o podstawowe fizyczne prawa ruchu – grawitację, bezwład, pęd. Praktyka ta, w nieokreślonym z góry przepływie ruchu, zaprzecza wyprostowanej, wertykalnej postawie ciała, jako nadrzędnej pozycji w jakiej funkcjonujemy w przestrzeni”.

Warto zobaczyć nagrania kontakt improwizacji – wtedy lepiej rozumie się, jak dużego zaufania, uważności i elastyczności wymaga ten rodzaj tańca. A także zdolności reagowania, responsywności. To zresztą dotyczy wszystkich rodzajów improwizacji – ponieważ im większą ma się wolność w tworzeniu, tym bardziej wzrasta odpowiedzialność i umiejętność podejmowania świadomych decyzji w wyborze materiału, z którego tworzone jest dzieło. Można wykorzystać wszystko: przestrzeń, partnerów, widzów, ciało, głos, dźwięk, ciszę, rekwizyty, światło i ciemność. I przede wszystkim czas. Trzeba tylko mieć świadomość wyboru i doboru.

Improwizacja służy także badaniu przyzwyczajeń ruchowych, które mamy wbudowane poprzez kulturę, w której żyjemy. Zachowanie naszego ciała nie więc jest niewinne. Nie ma czegoś takiego jak „naturalny” ruch – zachowanie naszego ciała to efekt nieuświadomionego, zbieranego od początku życia doświadczenia i działania kultury, w której funkcjonujemy.  Kiedy podnosimy dłoń i wykonujemy ruch, nie zastanawiamy się, skąd pochodzi ten gest, czy gdzieś go podpatrzyliśmy, dlaczego wydaje nam się, że powinien być tak wykonany. Improwizacja uczy nas jednak podejrzliwości wobec tego wszystkiego, co uważamy za niby „naturalne” i „oczywiste”.

Działanie każdego fragmentu naszego ciała może odbywać się w nieskończonych kierunkach, w różnym tempie, z różną dynamiką i trajektorią. Najciekawsza jest właśnie ta potencjalność –  w którą stronę mogę poprowadzić swoje ciało, żeby odkryć coś nowego? Andrew Morrish, jeden z mistrzów improwizacji, uczy, żeby w każdym działaniu artystycznym szukać przyjemności. A przyjemność czerpie się właśnie z poznawania nowych rzeczy.

 

Improwizacja jest najlepszą drogą do odkrywania, ponieważ nie pozwala powtarzać rozwiązań, nigdy nie można w niej poczuć się zbyt wygodnie.

Nie wolno popaść w artystyczne lenistwo, należy wyostrzyć swoją świadomość i ruszyć w nieznane. Każdorazowe podejmowanie konkretnych decyzji dotyczących ruchu, świadomy proces wyboru pozwala właśnie na tworzenie unikalnych, efemerycznych kompozycji. I, co może najistotniejsze z perspektywy odbiorcy, na poznanie osobowości artysty lub artystki, ich wrażliwości i specyficznej jakości ruchu, która umożliwia im tworzenie wyjątkowo autorskich, niepowtarzalnych choreografii.

Improwizacja jest także, co chyba oczywiste, poligonem współczesnej sztuki performatywnej. To właśnie w ramach tej praktyki tworzą się zalążki nowych sztuk i poszukiwań artystycznych. Dzięki improwizacji artyści dowiadują się najwięcej – nie tylko o sobie samych, lecz także o tym, w którą stronę, jak daleko można iść z własnym działaniem. Improwizacja to praktyka, w której nic nie jest z góry ustalone, w której wszystko dzieje się tu i teraz, w której można sobie pozwolić na radosne praktykowanie błędu, pomyłki, porażki, w której nie można wpaść w żadną ślepą uliczkę, ponieważ każdy ruch składa się na całość kompozycji. I w tym sensie improwizacja jest sztuką prawdziwie eksperymentatorską. I zawsze nowoczesną.

Jasne, że nie zawsze wszystko jest zrozumiałe, że często nie wiadomo, o co chodzi – ale ileż przyjemności można czerpać z oglądania, jak dzieło powstaje na naszych oczach. Zasadę Andrew Morrisha, mówiącą o poszukiwaniu przyjemności w każdym działaniu, można przenieść także na postawę odbiorczą. Odkrywanie tego, co nieznane, patrzenie na nieukończony proces – to wszystko może sprawiać dużą przyjemność. Choć nie jest to takie proste, jak się pozornie wydaje.

 

CZYTAJ TAKŻE: Ambicja. O „Jumpcore” Pawła Sakowicza

CZYTAJ TAKŻE: Taniec współczesny: sztuka patrzenia

CZYTAJ TAKŻE: Dawać z siebie wszystko. Rozmowa z Pauliną Jaksim