fot. Mariusz Forecki

Poeta, emigrant do ojczyzny

Niedawno ukazał się obszerny wybór wierszy Romana Chojnackiego – „Dla tego życia”. Czy ktoś na te wiersze jeszcze czeka? Czy zwrócone ku myślącemu i czującemu wnętrzu jednostki znajdą czytelnika, a w czytelniku wspólnika wrażliwości?

Jest ode mnie trochę starszy. Kiedyś to było sporo, dzisiaj tylko trochę.

W latach 80. było o nim dość głośno. Był poetą z powiększającym się dorobkiem, współpracownikiem podziemnej prasy, a przede wszystkim sekretarzem literackim Teatru Nowego. Teatru (za) Izabelli Cywińskiej, do którego chodzili nawet ci, którzy do teatru nie chodzą – podobnie jak do Dominikanów chodzili ludzie, którzy do kościoła nie chodzą.

Dziwny czas, na co dzień zły, biedny, brudny, niegodziwy, a zarazem trzymający się nadziei, że w warunkach ogólnego rozkładu da się określić i ochronić wartości istotniejsze od dobrobytu. Żyć według wartości – ta formułka nie wydawała się wtedy zanadto patetyczna. Żywiliśmy się wówczas wielkimi słowami:

 

Zamiast powiedzieć: ząb mnie boli, jestem
głodny, samotny, my dwoje, nas czworo,
nasza ulica — mówią cicho: Wanda
Wasilewska, Cyprian Kamil Norwid,
Józef Piłsudski, Ukraina, Litwa,
Tomasz Mann, Biblia i koniecznie coś
w jidysz.

 

To kawałek wiersza Marcina Świetlickiego, napisanego pod koniec dekady. Diabelnie przenikliwe rozpoznanie, wymierzone w poezję niewolników idei, ale i – trzeba uczciwie dodać – w czytelników tamtych wierszy.

WRÓG PRZYSZŁOŚCI

Tacy byliśmy. Wybawienia – od czego jednak? – szukaliśmy w książkach, na koncertach Gintrowskiego i zespołów punkowych, w próbach zawiązania jakiejś wspólnoty przekonań i stylu. Przy „Epitafium dla Wysockiego” zwykliśmy się upijać, lecz – proszę zapamiętać – ładnie, z sensem, dyskutując do oporu, do ostatniej kropli bałtyku. Wrogiem uświadomionym była tetryczejąca w oczach komuna, wrogiem podskórnym – przyszłość. To bodaj kluczowe: życie w „skarbcu wszystkich nieszczęść” obiecywało jałową, nudną rozpacz, niewiele więcej. O tym, że będzie jakiś czerwiec, jakiś kolejny „polski miesiąc”, który wszystko zmieni – do mniej więcej 1988 roku nikt nie śmiał pomyśleć.

 

Recytowaliśmy „Solidarność”, stawiając się chętnie na manifestacje pod Krzyżami, by pokrzyczeć na ZOMO, a nawet doznać pewnych szkód na ciele, zresztą bardzo dobrze widzianych przez koleżanki z akademika.

Roman Chojnacki, fot. Mariusz Forecki

Roman Chojnacki, fot. Mariusz Forecki

Czytaliśmy nielegalne druki, pisaliśmy do gazetek, lecz w gruncie rzeczy szukaliśmy azylów. Jedni się żenili, by szybko mieć dzieci, kawałek podłogi, „poczuć pod stopami ziemię”; inni wybierali życie teoretyczne, egzystencję książkową, nasłuchiwanie wyrazów, które coś znaczą.

POSTPRAWDA

W okolicznościach dziwnej wojny jaruzelsko-polskiej, jak mówiliśmy, ludzie tacy jak Roman Chojnacki byli po prostu potrzebni. Już nigdy później poeci nie byli pożądani równie mocno. Nie świadczy to jednak o współczesnych wierszach, którym zarzuca się niekiedy, że nie potrafią i nie starają się dorównać wierszom sprzed lat, że są o niczym, błahe i płaskie, lecz o nas, którzyśmy porzucili znaczną część dawnych ambicji.

U schyłku Polski Ludowej sytuacja była pod wieloma względami prostsza: poeta pisał przeciw brutalnemu porządkowi świata, a czytelnik odnajdywał w wierszu własne marzenia czy niepokoje:

 

***

Ludzie pozbawieni prawdy są
bezradni
jedyną ich bronią jest pięść
kneblująca wrogom usta
nie wiedzą że jej uderzenia
mogą
brzmieć najczystszą frazą sonetu […]


Pytanie czysto liryczne
brzmi z jakich słów
składa się przemoc

(z tomu „Z pozoru cisza”, 1980)

 

Roman Chojnacki, fot. Mariusz Forecki

Roman Chojnacki, fot. Mariusz Forecki

Dzisiaj, kiedy słowem minionego roku okazała się „postprawda”, a zmyślanie – bo przecież już nie kłamstwo, bo kłamstwo i prawda rzekomo przestały się różnić – stało się kluczową umiejętnością politycznego przywódcy, pierwsza strofa tego wiersza brzmi wzruszająco naiwnie. Tyle że naiwność tego rodzaju trzeba w sobie pielęgnować, ponieważ ostateczne zwycięstwo postprawdy, czyli moment, w którym przestaniemy tęsknić za prawdą, będzie momentem naszej ostatecznej klęski.

 

Postprawda tuczy bowiem władzę, jest jej głównym narzędziem do odbierania prostemu człowiekowi prawa do sprzeciwu. Spójrzmy na naszych przywódców – jak schlebiają naszej głupocie, jak nami gardzą.

Na językach suweren, dobro polskich rodzin, świetlana przyszłość, w oczach zimne lekceważenie.

LITERATURA A POLITYKA

Roman Chojnacki, „Dla tego życia. Wybór wierszy”, WBPiCAK, Poznań 2018

Roman Chojnacki, „Dla tego życia. Wybór wierszy”, WBPiCAK, Poznań 2018

Chcę przez to powiedzieć, że literatura z lat 80., choć powiedziano o niej dużo rzeczy krytycznych, nie przestała dalej „się pisać” – można w niej znaleźć doświadczenia pokrewne naszym obecnym doświadczeniom. Przenikający ją głód wolności i sensu, czujność w stosunku do języka, przekonanie o konieczności zbudowania siebie, o roli prywatnej suwerenności, która zdolna byłaby oprzeć się formatującym potęgom polityki i pieniądza, wszystko to są melodie jak najbardziej teraźniejsze.

Ktoś powie, że to uproszczenie stylistycznie nieadekwatne, że udręka bankrutującego socjalizmu nie jest tym samym co żądza i nuda konsumpcji, a wreszcie, że lingwistyczny duopol PRL-u (złożony z nowomowy po jednej stronie i mowy niezależnej po drugiej) nijak się ma do bogactwa języków i mediów, z którym mamy teraz do czynienia. Racja. Mimo to upieram się, że odmienność obecnej sytuacji nie czyni z nas ludzi zupełnie innych od tych, którymi byliśmy.

 

Wolność nadal jest uciekającym horyzontem, samotność nadal nie daje się oszukać przez pozory przynależności do jakiejś grupy, sprawiedliwość, z której brakiem trudno się pogodzić, zachowuje pierwszeństwo pośród społecznych celów.

Ogólnie rzecz biorąc, na szczęście i nieszczęście, zmieniliśmy się mniej, niż zwykle sądzimy.

Myślę o tym, widząc Romana Chojnackiego w Polsce. Jakie szanse mają jego wiersze w istniejących warunkach? Niedawno ukazał się ich obszerny wybór, tom „Dla tego życia”, będący jeszcze trudniejszą próbą powrotu do kraju niż sam powrót fizyczny. Czy ktoś na te wiersze jeszcze czeka? Czy zwrócone ku myślącemu i czującemu wnętrzu jednostki znajdą czytelnika, a w czytelniku wspólnika wrażliwości?

 

Roman Chojnacki, fot. Mariusz Forecki

Roman Chojnacki, fot. Mariusz Forecki

Dla ciebie te słowa

Dla ciebie te słowa dla ciebie
który wpatrujesz się w nie z nadzieją
dosłyszenia w sobie ich echa
jakbyś w ciszy nocy bolesny rytm serca
przemieniał w poczucie rychłej śmierci

Lecz słów tych nie znasz nie
zaznałeś nie pomogą ci one w niczym
ten świat wali się choć nie słyszysz
trzasku kości spokojnieje oddech
i dłonie złożone już na kark

Dla ciebie te słowa makieta śmierci
dla ciebie pustynia tej ziemi lawina nieba

Lecz usta twe niech słowom tym nie wierzą
ale nitce kręgosłupa gwarowi przestworzy
pętli czasu przez który idziesz
zbliżając horyzont pod próg swego domu

(z tomu „Noc”, 1986)

 

Trzydzieści lat, które Chojnacki spędził w Kanadzie, by znowu wyemigrować, tym razem do ojczyzny, odwróciły naszą uwagę od poezji. Zobojętnieliśmy na słowa, tak ważne dla każdego piszącego, dla Chojnackiego zaś ważne obsesyjnie. Zobojętnieliśmy na dom –  słowo powtarzające się w jego wierszach – dom, który kiedyś stanowił oś świata, a stał się „urządzeniem do mieszkania”; na Boga, w którego śmierć Chojnacki nie potrafi uwierzyć.

Na koniec: kibicując jego powrotowi, kibicuję sensom pewnego gatunku życia. Sobie.

CZYTAJ TAKŻE: Mariusz, Szary Mistrz

CZYTAJ TAKŻE: Po stronie wierszy. „Wolny wybór. Stulecie wierszy 1918–2018” Piotra Śliwińskiego

CZYTAJ TAKŻE: Twarze literatury: Och, Edward