fot. Dobromiła Tenerowicz-Grądzka

Na grzyby rusz, bracie!

W lesie, jak susza była, tak trwała dalej. Dopiero wrzesień przyniósł trochę odmiany, ale, niestety, nie dla Wielkopolski. W październiku jednak los grzybiarzy nieco się odmienił.

Powiedzieć o tym roku, że był suchy, to nie powiedzieć nic. To była istna klęska. Ostatni wiosenny deszcz spadł w kwietniu, a po nim nastały miesiące skwaru. Nic więc dziwnego, że grzybiarze patrzyli w niebo z nadzieją, licząc, że pokropi. Tu zaś nic. Grzybnia schła w postępie geometrycznym. Gdy wchodziło się do lasu, igliwie skrzypiało pod stopami. Przyszedł lipiec, czas pierwszych prawdziwków, a tu grzyba nie widać! Potem powinny pojawić się sowy, a tych też ani widu, ani słychu. W mojej rodzinie wigilijna tradycja nakazuje, że jednym z pierwszych wydawanych na stół dań jest moczony w mleku kapelusz tego grzyba. Otaczany w rozbełtanym jajku i tartej bułce, kładziony jest na rozgrzaną patelnię lekko pociągniętą olejem. Co prawda, w zakamarkach spiżarni znalazłoby się trochę w zeszłorocznych zapasów, ale przecież nie uchodzi, by się tak wyskrobywać do cna. 

Sierpień to czas podgrzybków. Powstaje wtedy pyszny sosik z duszonych, posiekanych, a na końcu podlanych śmietaną grzybów. Jeszcze tylko ugotowane na sypko pyrki, mizeria ze świeżych ogórków i obiad gotowy. W tym roku trzeba się jednak było obejść smakiem. Moja żona marzyła o porcjach grzybnych mieszanek, które się zawsze u nas siekało i blanszowało, czyli wrzucało na krótko do wrzącej wody, by po odcieknięciu wrzucić podzielone porcje w woreczki i schować do zamrażarki. Ile z nich przyjemności w zimie! W tym roku nici z marzeń. W lesie, jak susza była, tak trwała dalej. Dopiero wrzesień przyniósł trochę odmiany, ale, niestety, nie dla Wielkopolski. Na Pogórzu i Pomorzu pokropiło, grzybnia trochę odetchnęła i pojawiły się pierwsze owocniki. Znajomi z tamtych okolic, ewidentnie chcąc mnie zezłościć, zamieszczali na Facebooku zdjęcia koszyków pełnych leśnych zdobyczy. Nasze lasy nowotomyskie w tym czasie nadal świeciły pustką. W październiku jednak los grzybiarzy nieco się odmienił. Pokazało się trochę sów, można było przyrządzić grzybne kotlety w panierce albo sauté. Po sowach nieśmiało ruszyły prawdziwki. Mało ich było, ale pociecha taka, że jak już się jakiegoś upolowało, to na ogół nie był robaczywy. Widocznie susza potraktowała je złośliwie i większość populacji wyschła. 

Niestety, nie powrócił ten czas, gdy z moją śp. mamą jeździłem do lasu jak do sklepu, bo nagle nabrała ochoty na świeżego, usmażonego na masełku rydza. Kilka sztuk udało się jednak zebrać i, wdychając aromat lasu, schrupać ze smakiem. Szczęściem od Boga w końcu ruszyły podgrzybki zwane czarnymi łebkami. Może uda się nimi odrobinę odbudować nadwątlone zapasy, a ponadto ugotować prawdziwą, gęstą zupę grzybową ze świeżego zbioru – najlepiej na wołowym rosole. Łebki grzybów kroimy w wąskie paski, do tego dodajemy pocięte w cienkie plasterki ogonki, i trochę skostkowanych pyrek. Wszystko to gotujemy na gęsto, by przybrało postać klasycznego eintopfu. Można też ulepić pierogi z grzybami! Takie marzenia zawziętego grzybiarza po nocach mi się roją. Przed nami jeszcze czas opieńki miodowej, która, jak wysypie, to na gęsto. Można ją włożyć do słoików w zalewie słodko-kwaśnej – to pyszna zakąseczka na imieninowe przyjęcie. Potem mogą się jeszcze pojawić gąski zwane inaczej zielonkami. Te z kolei wrzucić można do kamionkowego garnca i zasypać solą. Gdy je zimą odmoczymy i dodamy do warzywnej sałatki, dadzą jej niepowtarzalny smak. Wszystkim grzybiarzom mówię zatem staropolskie: „Darzbór!” i do spotkania w kniei z wiklinowym koszykiem.

CZYTAJ TAKŻE: Ekologicznie przede wszystkim
CZYTAJ TAKŻE: Zielona Góra gości Wielkopolskę
CZYTAJ TAKŻE: Smak Regionu zostaje na języku